Nathaniel podskoczył na łóżku zlany potem, oddychając szybko i bojąc się o swoje serce, które uderzało zbyt mocno o żebra.
-Co jest?- Zack mruknął śpiąco, wyplątując się z pościeli.
-Przywiązali mnie, nie potrafiłem się ruszyć, oni na mnie patrzyli, a ja nie mogłem nic zrobić i usłyszałem hałas, ktoś kopnął moją głowę, jechał na mnie pociąg i on... wtedy ja...- mamrotał szatyn, nie zauważając, kiedy jego przyjaciel przyciągnął go do siebie i przytulił.
-To tylko sen.
Zack i Aiden następnego ranka wybrali się ponownie do Woodcreek, gdzie poprzednim razem kupili tabliczkę do rozmów z duchami.
-Myślisz, że ta dziewczyna, Skye, znowu tam będzie?- odezwał się nieśmiało blondyn, nie patrząc na Zacka.
-Spodobała ci się co?- brunet uśmiechnął się cwaniacko, rozsiadając wygodniej na starym fotelu samochodu Aidena.
-Jest ładna, nie zaprzeczę.- odwzajemnił uśmiech, zerkając przelotnie na szarookiego. Tamten kiwnął tylko krótko, wpatrując się w rozciągający się przed nim widok.
-Ale to czarownica.- rzucił cicho.
-Wierzysz w takie rzeczy?- blondyn uniósł brwi.
-Od kiedy mój najlepszy przyjaciel komunikuje się z duchami... tak.- westchnął.
-Czyli wcześniej, to wszystko, to był tylko jeden, wielki teatrzyk.- powiedział Aiden obojętnym tonem, unosząc jednak lekko kąciki ust.
-Mhm.
-Nie mieliście żadnych wyrzutów sumienia, biorąc od ludzi pieniądze za nic?- chłopak zdecydowanie był bardzo bezpośredni.
-W zasadzie to trochę im pomagaliśmy.- brunet wzruszył ramionami, przyglądając się granatowo-czerwonym kratkom na swojej koszuli.
-Co masz na myśli?
-No wiesz... Ludzie wmawiają sobie różne rzeczy, jeśli umiesz ich przekonać, że to co słyszeli lub widzieli odeszło, w pewien sposób im pomagasz.- wyjaśnił, przypominając sobie te wszystkie starsze panie wierzące w zabobony, ludzi obsesyjnie skupiających się na nieodpowiednich sprawach, porzucających normalne życie na rzecz tropienia nieistniejących stworzeń.
-Oh.
-Tak.
-Ale teraz coś się zmieniło.- mruknął niepewnie chłopak, zaciskając dłonie na kierownicy.
-Tak myślę, macie chyba prawdziwego ducha.- zaśmiał się, obserwując zaniepokojonego blondyna.
Nath razem z Williamem udali się z powrotem do ratusza, by znaleźć coś więcej na temat Alexandra Howarda.
Nie było jednak niczego oprócz kawałka gazety w kieszeni spodni szatyna.
-Nie wydaje mi się, żeby było tu coś więcej, Nath.- oznajmił po jakimś czasie William, odkładając stertę papierów na półkę.- To wygląda jakby chcieli koniecznie zatrzeć ślady jego istnienia.- mruknął pod nosem.
-Bo może właśnie tak było?- Nathaniel wstał z drewnianego krzesła, które stało w rogu i odłożył czerwony segregator na miejsce.
-Może popełnił jakieś przestępstwo?- podsunął Will, patrząc pytająco na szatyna.
Nath tylko wzruszył ramionami i ruszył do drzwi, czując nagłą potrzebę znalezienia się w pokoju Alexa- jak nazywał go od początku.
Było mu żal tego chłopaka, ale wkrótce miało się to skończyć.
niedziela, 9 sierpnia 2015
poniedziałek, 3 sierpnia 2015
Rozdział 11
Nathaniel przylgnął do lustra, dotykając miejsca, w którym znajdowały się przed chwilą piękne, zielone oczy.
-Jak to m-możliwe?- jego gardło zacisnęło się żałośnie przy ostatnim słowie.
-Lepiej już stąd chodźmy.- powiedział Zack, przyciągając go do siebie i prowadząc do wyjścia. Drzwi zatrzasnęły się z hukiem, a wiszące nad nimi kinkiety zapłonęły jasnym ogniem.
Chłopcy popatrzeli na siebie, by po chwili zacząć krzyczeć.
Nath odsunął się od Zacka, cofając się do środka.
-Alex?- odezwał się, patrząc w bliżej nieokreślony punkt.- Nigdzie się nie wybieramy, pomożemy ci.- powiedział głośno i powoli, zerkając na kinkiety, które zaczęły przygasać. Ścisnął obsydian, co już wchodziło mu w nawyk.
-Cholera, Nath, jak to robisz.- Aiden rzucił, patrząc w sufit, jakby szukał czegoś.- Na początku nie wierzyłem, myślałem, że jesteście oszustami, za co przepraszam, ale teraz... teraz serio wam wierzę.- wybełkotał, kontynuując lustrowanie pomieszczenia po milimetrze.
-W zasadzie, to nie masz za co przepraszać...- westchnął Martin, spuszczając wzrok na swoje buty.
-Tak jakby trochę nazmyślaliśmy, ale jak widać naprawdę możemy kontaktować się z duchami, więc tak do końca, to nie można powiedzieć, że kłamaliśmy...- wymamrotał Nathaniel, idąc powoli za wyjątkowo ciekawym zapachem w stronę schodów prowadzących na piętro. Nie przejął się zbytnio tym, że to co powiedział było prawdopodobnie niezrozumiałe. Zatrzymał się dopiero, kiedy drewno pod jego nogami zaskrzypiało przeraźliwie, Ten dom miał pewnie ze sto pięćdziesiąt lat, oczywiste, że schody nie są w najlepszym stanie, pomyślał szatyn, przełykając ciężko ślinę.
-Czyli nie zajmujecie się tym zawodowo?- zapytał niepewnie William, śledząc ruchy Nathaniela.
-Zajmujemy się.- powiedział Zack.
-Ale skoro...
-To skomplikowane.- wzruszył ramionami brunet, również patrząc na poczynania przyjaciela.
Prawda była taka, że po prostu nie chciało im się pracować, zajmować się czymś przy czym rzeczywiście byłoby dużo roboty. Dlatego po długich rozmyślaniach na ten temat i po bezsensownym wpatrywaniu się w skromny telewizor w ich poprzednim mieszkaniu, wymyślili coś na czym mogli dużo zarobić, nie męcząc się zbytnio.
Szatyn pokonał już wszystkie, wydające niepożądane odgłosy, stopnie. Znajdował się na piętrze, które zdecydowanie różniło się od tego co zastali na parterze. Tutaj czas jakby się zatrzymał. Ściany pokryte były brązowo białą tapetą w poprzeplatane ze sobą liście i kwiaty. Korytarz oświetlały pozłacane kinkiety, podobne do tych na dole, jednak mniejsze i bardziej zdobione. Znajdujące się tam świece były ledwo nadpalone, wosk nie zdążył jeszcze spłynąć do samego dołu. Na wprost duże okno rozświetlało pomieszczenie promieniami zachodzącego właśnie słońca. Zdawało się ono dopasować idealnie do ram tego okna.
Nagle drzwi jedno z pokoi otworzyły się bezgłośnie, wyrywając Natha z zamyślenia i sprawiając, że krzyknął niemęsko, przywołując tym Zacka.
-W porządku?- rzucił Aiden z dołu, również ruszając po schodach na piętro. Jedynie William pozostał na swoim miejscu z rozszerzonymi ze strachu oczami.
-Nie.- odpowiedział krótko Nath, ruszając w stronę otwartych drzwi.
Pokój, w którym teraz stali był naprawdę sporej wielkości. W centralnej części znajdowało się duże łoże małżeńskie z baldachimem, a naprzeciwko kominek.
-Gustownie.- stwierdził Zack, unosząc brwi na widok dużego obrazu wiszącego na jednej ze ścian.
-Wow, ten gościu musiał im coś zrobić.- odezwał się blondyn, wskazując na postać z płótna, której twarz została rozpruta długim cięciem. Nathaniel podszedł bliżej, próbując złączyć cienki materiał, by zobaczyć twarz chłopaka, jednak na marne. Spuścił wzrok niżej- na śnieżnobiałą koszulę przykrytą bordową, wzorzystą kamizelką i czarnym frakiem z dwoma rzędami złotych guzików.
Szatyn poczuł zimno na swojej prawej dłoni i ukłucie w klatce piersiowej.
-Jak ci pomóc?- zapytał, przesuwając palcami drugiej ręki po rozcięciu.
Szyba w oknie obok zadrżała głośno, a płomienie świec wygięły się dziwnie.
Drzwi zamknęły się same, tak jak wcześniej otworzyły, a cała trójka spojrzała na nie z pędzącymi szybko sercami. Usłyszeli stłumiony przez drewno głos Willa, a po chwili stukanie do drzwi.
Kiedy Zack i Aiden próbowali otworzyć zatrzaśnięte drzwi, Nath odwrócił się z powrotem do obrazu i zamrugał kilkakrotnie. Tam gdzie przez rozcięcie prześwitywało drewno pojawiło się ciemnoczerwone:"Uwolnij mnie".
-Zrobię to.
-Jak to m-możliwe?- jego gardło zacisnęło się żałośnie przy ostatnim słowie.
-Lepiej już stąd chodźmy.- powiedział Zack, przyciągając go do siebie i prowadząc do wyjścia. Drzwi zatrzasnęły się z hukiem, a wiszące nad nimi kinkiety zapłonęły jasnym ogniem.
Chłopcy popatrzeli na siebie, by po chwili zacząć krzyczeć.
Nath odsunął się od Zacka, cofając się do środka.
-Alex?- odezwał się, patrząc w bliżej nieokreślony punkt.- Nigdzie się nie wybieramy, pomożemy ci.- powiedział głośno i powoli, zerkając na kinkiety, które zaczęły przygasać. Ścisnął obsydian, co już wchodziło mu w nawyk.
-Cholera, Nath, jak to robisz.- Aiden rzucił, patrząc w sufit, jakby szukał czegoś.- Na początku nie wierzyłem, myślałem, że jesteście oszustami, za co przepraszam, ale teraz... teraz serio wam wierzę.- wybełkotał, kontynuując lustrowanie pomieszczenia po milimetrze.
-W zasadzie, to nie masz za co przepraszać...- westchnął Martin, spuszczając wzrok na swoje buty.
-Tak jakby trochę nazmyślaliśmy, ale jak widać naprawdę możemy kontaktować się z duchami, więc tak do końca, to nie można powiedzieć, że kłamaliśmy...- wymamrotał Nathaniel, idąc powoli za wyjątkowo ciekawym zapachem w stronę schodów prowadzących na piętro. Nie przejął się zbytnio tym, że to co powiedział było prawdopodobnie niezrozumiałe. Zatrzymał się dopiero, kiedy drewno pod jego nogami zaskrzypiało przeraźliwie, Ten dom miał pewnie ze sto pięćdziesiąt lat, oczywiste, że schody nie są w najlepszym stanie, pomyślał szatyn, przełykając ciężko ślinę.
-Czyli nie zajmujecie się tym zawodowo?- zapytał niepewnie William, śledząc ruchy Nathaniela.
-Zajmujemy się.- powiedział Zack.
-Ale skoro...
-To skomplikowane.- wzruszył ramionami brunet, również patrząc na poczynania przyjaciela.
Prawda była taka, że po prostu nie chciało im się pracować, zajmować się czymś przy czym rzeczywiście byłoby dużo roboty. Dlatego po długich rozmyślaniach na ten temat i po bezsensownym wpatrywaniu się w skromny telewizor w ich poprzednim mieszkaniu, wymyślili coś na czym mogli dużo zarobić, nie męcząc się zbytnio.
Szatyn pokonał już wszystkie, wydające niepożądane odgłosy, stopnie. Znajdował się na piętrze, które zdecydowanie różniło się od tego co zastali na parterze. Tutaj czas jakby się zatrzymał. Ściany pokryte były brązowo białą tapetą w poprzeplatane ze sobą liście i kwiaty. Korytarz oświetlały pozłacane kinkiety, podobne do tych na dole, jednak mniejsze i bardziej zdobione. Znajdujące się tam świece były ledwo nadpalone, wosk nie zdążył jeszcze spłynąć do samego dołu. Na wprost duże okno rozświetlało pomieszczenie promieniami zachodzącego właśnie słońca. Zdawało się ono dopasować idealnie do ram tego okna.
Nagle drzwi jedno z pokoi otworzyły się bezgłośnie, wyrywając Natha z zamyślenia i sprawiając, że krzyknął niemęsko, przywołując tym Zacka.
-W porządku?- rzucił Aiden z dołu, również ruszając po schodach na piętro. Jedynie William pozostał na swoim miejscu z rozszerzonymi ze strachu oczami.
-Nie.- odpowiedział krótko Nath, ruszając w stronę otwartych drzwi.
Pokój, w którym teraz stali był naprawdę sporej wielkości. W centralnej części znajdowało się duże łoże małżeńskie z baldachimem, a naprzeciwko kominek.
-Gustownie.- stwierdził Zack, unosząc brwi na widok dużego obrazu wiszącego na jednej ze ścian.
-Wow, ten gościu musiał im coś zrobić.- odezwał się blondyn, wskazując na postać z płótna, której twarz została rozpruta długim cięciem. Nathaniel podszedł bliżej, próbując złączyć cienki materiał, by zobaczyć twarz chłopaka, jednak na marne. Spuścił wzrok niżej- na śnieżnobiałą koszulę przykrytą bordową, wzorzystą kamizelką i czarnym frakiem z dwoma rzędami złotych guzików.
Szatyn poczuł zimno na swojej prawej dłoni i ukłucie w klatce piersiowej.
-Jak ci pomóc?- zapytał, przesuwając palcami drugiej ręki po rozcięciu.
Szyba w oknie obok zadrżała głośno, a płomienie świec wygięły się dziwnie.
Drzwi zamknęły się same, tak jak wcześniej otworzyły, a cała trójka spojrzała na nie z pędzącymi szybko sercami. Usłyszeli stłumiony przez drewno głos Willa, a po chwili stukanie do drzwi.
Kiedy Zack i Aiden próbowali otworzyć zatrzaśnięte drzwi, Nath odwrócił się z powrotem do obrazu i zamrugał kilkakrotnie. Tam gdzie przez rozcięcie prześwitywało drewno pojawiło się ciemnoczerwone:"Uwolnij mnie".
-Zrobię to.
środa, 29 lipca 2015
Rozdział 10
-To jak?- Nathaniel uśmiechnął się szeroko, kiedy wyobrażał już sobie jak może wyglądać dom Howardów.- Idziemy teraz czy w nocy?
-Nigdy nie pójdę tam w nocy.- oznajmił od razu Aiden, kręcąc energicznie głową.
-W sumie to i tak nikt tego teraz nie pilnuje...- wzruszył ramionami William, patrząc na każdego z nich z osobna, by sprawdzić reakcje.- Ja jestem za tym, by iść teraz, Aiden chyba też...
-Jestem bardzo za tym, Willy.- stanął obok niego, z przyzwyczajenia poprawiając niebieską czapkę.
-Będziecie tutaj tak stać czy może pójdziemy tam wreszcie...- westchnął Zack, bawiąc się swoim aparatem.
Nathaniel dźgnął go palcem w żebra, po czym wyszedł z domu Rosnerów. Brunet moment później dogonił go i klepnął w tyłek. Nath spojrzał na niego pytająco, na co tamten tylko uśmiechnął się cwanie.
Aiden i William pojawili się po chwili na zewnątrz, pierwszy podrzucając kluczyki od swojego auta, a drugi nakładając na siebie fioletową bluzę z kapturem.
Jechali około pięciu minut, gdy Nath zapytał- Daleko jeszcze?- jęcząc jak małe dziecko.
-Jakieś 5 kilometrów.- powiedział Aiden, rozluźniając się w fotelu.
Szatyn uderzył czołem o szybę, gdy próbował oprzeć o nią głowę i warknął cicho, masując bolące miejsce. Patrzył na mijane przez nich drzewa, które rozmazywały się, tworząc mieszaninę zieleni i brązu. Westchnął, sięgając wzrokiem dalej, na stojące w oddali budynki. Im dłużej jechali, tym robiły się one mniejsze, aż w końcu widok przesłoniły my gęste drzewa i krzaki. Ścisnął dłonią czarny kamień, który wisiał na jego szyi, schowany pod białą koszulką.
-Jesteśmy na miejscu, panowie.- rzucił blondyn, przekręcając swoją czapkę daszkiem do tyłu i wysiadając z samochodu z głośnym trzaśnięciem drzwiami.
Rozejrzeli się wokół, czasami unosząc brwi na to, co widzieli. Stare, porośnięte bluszczem rzeźby z marmuru leżały porozrzucane w częściach po całym "ogrodzie", który z kolei przypominał zwykłą, leśną polanę.
-Chyba popsuła im się kosiarka.- rzucił Nath, szczerząc się do załamanego tym co powiedział Zacka.
-Chcecie, um, wejść do środka?- zapytał Will, patrząc na nich szczenięcym wzrokiem.
-Chyba tak... Skoro ten cały Alexander chce, żeby mu pomóc.- stwierdził brunet, patrząc na Natha, by dostać potwierdzenie swoich słów. Szatyn uśmiechnął się tylko i skierował do drzwi frontowych.
-Nic z tego, Nath, te drzwi...- zaczął William, jednak przerwał mu chrzęst i skrzypnięcie wielkich, drewnianych drzwi.-...nie są zamknięte.- dokończył zdziwiony.
-Hej, jak to zrobiłeś?!- Aiden wbiegł na dużą, kamienną werandę, stając obok zadowolonego z siebie chłopaka.
-Ma się te sposoby.- wzruszył ramionami z zarozumiałym uśmieszkiem. "Wystarczy po prostu przekręcić klamkę", pomyślał szatyn, nadal jednak nie pokazując swojego zmieszania sytuacją reszcie. Te drzwi wcale nie były zamknięte...
Przekroczyli próg niepewnie, a Will zaciągnął się powietrzem, próbując udowodnić, że ten ohydny zapach, o którym mówili z Aidenem, nadal unosił się w środku. Poczuł jednak tylko woń spróchniałego drewna i wilgoci.
Nathaniel nie przejmując się wahaniem reszty, bez namysłu zaczął zwiedzać willę, dotykając woskowanych mebli, oglądając dokładnie kozetkę obitą nadal błyszczącym, burgundowym materiałem.
-Cholera, ładnie tutaj.- podsumował, podchodząc do dużego lustra w pozłacanej ramie.
-Jak to się stało, że jeszcze nikt tego stąd nie wyniósł?- zainteresował się Zack, ściągając brwi podejrzliwie. Zrobił kilka zdjęć.
-Wszyscy uważają, że ten dom jest nawiedzony...- wyjaśnił obojętnie Aiden, podchodząc do Natha, który zbliżył się bardziej do lustra.
-Co jest...- burknął, nachylając się nad zakurzoną powierzchnią. Przetarł dłonią zwierciadło i odskoczył od niego z dziewczęcym piskiem.- Kurwa!- krzyknął po chwili, cofając się, aż wpadł na Zacka, ponownie wrzeszcząc.
-Whoah! Spokojnie, bro.- brunet poklepał go po ramieniu.
-Spójrz mi w oczy, Zack!- krzyknął Nath, gapiąc się szeroko otworzonymi oczami w swoje odbicie.
Zack wychylił się zza jego pleców, patrząc na wystraszone, modre tęczówki.- Nie w te... szatyn chwycił jego szczękę, odwracając do lustra i... wow.
-Jak oni to zrobili?- Zack podszedł do gładkiej tafli i przejechał palcami w miejscu gdzie powinno znajdować się spojrzenie jego przyjaciela.
-O cholera. Może to jakieś cyrkowe lustro, z trickami...- powiedział Aiden, z zainteresowaniem podchodząc bliżej.
-Zamrugaj, Nath.- polecił Zack, uważnie obserwując lustro.- Zrobiłeś to?
-T-tak.- zająknął się szatyn.
-Jakbym już je gdzieś widział.- stwierdził William. Sięgnął do zawieszonego na szyi Zacka aparatu, włączając galerię.- Mam.- oznajmił po chwili.
-Co "masz"?- zapytał Zack, zaglądając w ekran.
-Wszystko się zgadza: zielone, smutne oczy...- powiedział Will, patrząc raz na lustro, a raz na ekran.
Nathaniel podszedł do lustra, dotykając zielonych tęczówek, które wpatrywały się w niego z bólem. Po policzku odbicia spłynęła pojedyncza łza, a niebieskooki dotknął swojej skóry, by nie znaleźć na niej słonej cieczy, a suchą powierzchnię.
Spojrzał jeszcze raz w zapłakane oczy. Zostały natychmiast zakryte powiekami, a kiedy ponownie ujrzały światło dzienne, ich tęczówki były niebieskie.
-Nigdy nie pójdę tam w nocy.- oznajmił od razu Aiden, kręcąc energicznie głową.
-W sumie to i tak nikt tego teraz nie pilnuje...- wzruszył ramionami William, patrząc na każdego z nich z osobna, by sprawdzić reakcje.- Ja jestem za tym, by iść teraz, Aiden chyba też...
-Jestem bardzo za tym, Willy.- stanął obok niego, z przyzwyczajenia poprawiając niebieską czapkę.
-Będziecie tutaj tak stać czy może pójdziemy tam wreszcie...- westchnął Zack, bawiąc się swoim aparatem.
Nathaniel dźgnął go palcem w żebra, po czym wyszedł z domu Rosnerów. Brunet moment później dogonił go i klepnął w tyłek. Nath spojrzał na niego pytająco, na co tamten tylko uśmiechnął się cwanie.
Aiden i William pojawili się po chwili na zewnątrz, pierwszy podrzucając kluczyki od swojego auta, a drugi nakładając na siebie fioletową bluzę z kapturem.
Jechali około pięciu minut, gdy Nath zapytał- Daleko jeszcze?- jęcząc jak małe dziecko.
-Jakieś 5 kilometrów.- powiedział Aiden, rozluźniając się w fotelu.
Szatyn uderzył czołem o szybę, gdy próbował oprzeć o nią głowę i warknął cicho, masując bolące miejsce. Patrzył na mijane przez nich drzewa, które rozmazywały się, tworząc mieszaninę zieleni i brązu. Westchnął, sięgając wzrokiem dalej, na stojące w oddali budynki. Im dłużej jechali, tym robiły się one mniejsze, aż w końcu widok przesłoniły my gęste drzewa i krzaki. Ścisnął dłonią czarny kamień, który wisiał na jego szyi, schowany pod białą koszulką.
-Jesteśmy na miejscu, panowie.- rzucił blondyn, przekręcając swoją czapkę daszkiem do tyłu i wysiadając z samochodu z głośnym trzaśnięciem drzwiami.
Rozejrzeli się wokół, czasami unosząc brwi na to, co widzieli. Stare, porośnięte bluszczem rzeźby z marmuru leżały porozrzucane w częściach po całym "ogrodzie", który z kolei przypominał zwykłą, leśną polanę.
-Chyba popsuła im się kosiarka.- rzucił Nath, szczerząc się do załamanego tym co powiedział Zacka.
-Chcecie, um, wejść do środka?- zapytał Will, patrząc na nich szczenięcym wzrokiem.
-Chyba tak... Skoro ten cały Alexander chce, żeby mu pomóc.- stwierdził brunet, patrząc na Natha, by dostać potwierdzenie swoich słów. Szatyn uśmiechnął się tylko i skierował do drzwi frontowych.
-Nic z tego, Nath, te drzwi...- zaczął William, jednak przerwał mu chrzęst i skrzypnięcie wielkich, drewnianych drzwi.-...nie są zamknięte.- dokończył zdziwiony.
-Hej, jak to zrobiłeś?!- Aiden wbiegł na dużą, kamienną werandę, stając obok zadowolonego z siebie chłopaka.
-Ma się te sposoby.- wzruszył ramionami z zarozumiałym uśmieszkiem. "Wystarczy po prostu przekręcić klamkę", pomyślał szatyn, nadal jednak nie pokazując swojego zmieszania sytuacją reszcie. Te drzwi wcale nie były zamknięte...
Przekroczyli próg niepewnie, a Will zaciągnął się powietrzem, próbując udowodnić, że ten ohydny zapach, o którym mówili z Aidenem, nadal unosił się w środku. Poczuł jednak tylko woń spróchniałego drewna i wilgoci.
Nathaniel nie przejmując się wahaniem reszty, bez namysłu zaczął zwiedzać willę, dotykając woskowanych mebli, oglądając dokładnie kozetkę obitą nadal błyszczącym, burgundowym materiałem.
-Cholera, ładnie tutaj.- podsumował, podchodząc do dużego lustra w pozłacanej ramie.
-Jak to się stało, że jeszcze nikt tego stąd nie wyniósł?- zainteresował się Zack, ściągając brwi podejrzliwie. Zrobił kilka zdjęć.
-Wszyscy uważają, że ten dom jest nawiedzony...- wyjaśnił obojętnie Aiden, podchodząc do Natha, który zbliżył się bardziej do lustra.
-Co jest...- burknął, nachylając się nad zakurzoną powierzchnią. Przetarł dłonią zwierciadło i odskoczył od niego z dziewczęcym piskiem.- Kurwa!- krzyknął po chwili, cofając się, aż wpadł na Zacka, ponownie wrzeszcząc.
-Whoah! Spokojnie, bro.- brunet poklepał go po ramieniu.
-Spójrz mi w oczy, Zack!- krzyknął Nath, gapiąc się szeroko otworzonymi oczami w swoje odbicie.
Zack wychylił się zza jego pleców, patrząc na wystraszone, modre tęczówki.- Nie w te... szatyn chwycił jego szczękę, odwracając do lustra i... wow.
-Jak oni to zrobili?- Zack podszedł do gładkiej tafli i przejechał palcami w miejscu gdzie powinno znajdować się spojrzenie jego przyjaciela.
-O cholera. Może to jakieś cyrkowe lustro, z trickami...- powiedział Aiden, z zainteresowaniem podchodząc bliżej.
-Zamrugaj, Nath.- polecił Zack, uważnie obserwując lustro.- Zrobiłeś to?
-T-tak.- zająknął się szatyn.
-Jakbym już je gdzieś widział.- stwierdził William. Sięgnął do zawieszonego na szyi Zacka aparatu, włączając galerię.- Mam.- oznajmił po chwili.
-Co "masz"?- zapytał Zack, zaglądając w ekran.
-Wszystko się zgadza: zielone, smutne oczy...- powiedział Will, patrząc raz na lustro, a raz na ekran.
Nathaniel podszedł do lustra, dotykając zielonych tęczówek, które wpatrywały się w niego z bólem. Po policzku odbicia spłynęła pojedyncza łza, a niebieskooki dotknął swojej skóry, by nie znaleźć na niej słonej cieczy, a suchą powierzchnię.
Spojrzał jeszcze raz w zapłakane oczy. Zostały natychmiast zakryte powiekami, a kiedy ponownie ujrzały światło dzienne, ich tęczówki były niebieskie.
poniedziałek, 27 lipca 2015
Rozdział 9
W czwórkę udali się do ratusza, gdzie dzięki temu, że William był synem tutejszego pastora, mogli do woli przeglądać stare papiery. Spędzili tam ponad godzinę, zanim znaleźli jakąkolwiek wzmiankę o przejeździe kolejowym. Jednak w wypadku nie ucierpiał żaden człowiek, jedynie przewożone wtedy rzeźby kościelne.
-Ile lat może mieć ten duch?- Zack westchnął zrezygnowany.
-Nie mam pojęcia. To może być dwudziesty wiek, ale równie dobrze dziewiętnasty... Kolej już działała.- stwierdził Nath.
-Może chodzi po prostu o miejsce, a nie sposób w który zginęła?- powiedział Aiden.- Może umarła tam, zanim ktokolwiek pomyślał nad położeniem tam torów.- wzruszył ramionami, czekając na reakcję reszty.
-Kurwa, Aiden, nawet tak nie mów.- jęknął Nathaniel, rzucając grubą teczkę na mały stosik.
-To wszystko komplikuje...- oznajmił William, patrząc w okno z zadumą.
Nie odzywali się przez kilkanaście minut, próbując wymyślić coś sensownego.
-Możemy zacząć przeglądać od momentu powstania tutejszego przejazdu, mimo wszystko. Jestem pewien, że to był jednak wypadek kolejowy.- powiedział wreszcie Nathaniel, przerywając ciszę.
-W zasadzie nie mamy nic lepszego, więc...- wzruszył ramionami Will, wyrażając poparcie dla planu Natha.
-Okay, gdzie powinniśmy zacząć?- zapytał Zack, rozglądając się po wnętrzu pełnym teczek i segregatorów.
-To będzie chyba 1860 rok chłopaki... Obawiam się, że to nie to pomieszczenie.- powiedział William, chwytając za wyglądającą na najbardziej zniszczoną upływem czasu teczkę.
-Rok 1900.- przeczytał z okładki.
-Ale macie tu pokój wypchany papierami sprzed 1900?- zapytał z nadzieją Nathaniel.
-Jasne, zaraz obok.- pokiwał głową ciemnooki.
-Świetnie.- skwitował Zack, ruszając do drzwi.
Kolejne pomieszczenie niewiele różniło się od poprzedniego, było może trochę mniejsze i bardziej zagracone... Jednak nadal nie znajdowało się w nim nic przydatnego.
-Może szukamy złej osoby.- mruknął blondyn, wachlując się swoją czapką. William wstał ze swojego miejsca na podłodze i otworzył szeroko okno.
-Też tak myślę, głos nie był zbyt kobiecy...- powiedział Nath.
-Twój głos też nie jest zbyt męski, a mimo to jesteś facetem.- zaśmiał się dźwięcznie Zack.
-Oh, skąd ta pewność?- prychnął Nathaniel oburzony.-Sprawdzałeś?
-Mhm. Kiedy spałeś.- kiwnął twierdząco, po chwili śmiejąc się głośno z miny przyjaciela.
-Dobra, Martin, zajmij się teczkami.- rzucił Nath, uśmiechając się pod nosem.
Po kilku minut, Aiden podskoczył z radosnym okrzykiem, rzucając papierami w Nathaniela.
-Wiedziałem, że to facet! Po prostu nie zdążył do końca napisać swojego imienia!- ucieszył się szatyn, gapiąc się na nagłówek gazety, który mówił: "Alexander Howard nie żyje. Kolej zbiera pierwsze krwawe żniwa". Jego uśmiech zniknął automatycznie, a klatka piersiowa ścisnęła się boleśnie.
-Pokaż to!- rzucił Zack, wyciągając rękę po kawałek papieru.
Szatyn odchylił się do tyłu, chwytając mocniej pierwszą stronę gazety.
-On miał dopiero dziewiętnaście lat.- powiedział smutno, przypatrując się formułce z kondolencjami dla rodziny.
-Niezałatwione sprawy.- powiedział Zack.- Są tam jakieś szczegóły?- zapytał.
-Nie bardzo.- pokręcił głową Nath.- Przydałoby się coś o tym gdzie mieszkali...
-Posiadłość Howardów jest nawiedzona.- powiedział poważnie Aiden, patrząc na Willa.
-Wiecie, gdzie to jest?- zapytał Nathaniel z podekscytowanoem.
-Tak, ale nie wydaje mi się, że możemy tam wejść...- stwierdził William.
-To jakiś zabytek czy coś? Możemy wejść w nocy...- zaproponował Zack.
-Nie o to chodzi.- zmieszał się William.
-Kiedyś próbowaliśmy tam wejść, no wiecie, jako dzieciaki.- zaczął Aiden, przyciskając czapkę do czubka swojej głowy.- Ale tam się nie da wytrzymać!- jego oczy rozszerzyły się zabawnie, kiedy rozłożył z przejęciem ramiona.
-Dlaczego?- Zack zmarszczył brwi, odkładając ostrożnie teczkę, którą trzymał.
-Te dziwne dźwięki, zapach i w ogóle...- powiedział Aiden.
-Dzieci mają bujną wyobraźnię, wiecie...- wzruszył ramionami Nathaniel.
-Może i tak, racja.- wzruszył ramionami Will, sprzątając wokół siebie.
Nathaniel złożył starannie kartkę, po czym szybko wsunął ją do kieszeni, kiedy myślał, że nikt nie patrzy. Uniósł wzrok spotykając się z rozbiawionymi, szarymi oczami przyjaciela.
Uśmiechnął się do niego i skierował do drzwi.
-Ile lat może mieć ten duch?- Zack westchnął zrezygnowany.
-Nie mam pojęcia. To może być dwudziesty wiek, ale równie dobrze dziewiętnasty... Kolej już działała.- stwierdził Nath.
-Może chodzi po prostu o miejsce, a nie sposób w który zginęła?- powiedział Aiden.- Może umarła tam, zanim ktokolwiek pomyślał nad położeniem tam torów.- wzruszył ramionami, czekając na reakcję reszty.
-Kurwa, Aiden, nawet tak nie mów.- jęknął Nathaniel, rzucając grubą teczkę na mały stosik.
-To wszystko komplikuje...- oznajmił William, patrząc w okno z zadumą.
Nie odzywali się przez kilkanaście minut, próbując wymyślić coś sensownego.
-Możemy zacząć przeglądać od momentu powstania tutejszego przejazdu, mimo wszystko. Jestem pewien, że to był jednak wypadek kolejowy.- powiedział wreszcie Nathaniel, przerywając ciszę.
-W zasadzie nie mamy nic lepszego, więc...- wzruszył ramionami Will, wyrażając poparcie dla planu Natha.
-Okay, gdzie powinniśmy zacząć?- zapytał Zack, rozglądając się po wnętrzu pełnym teczek i segregatorów.
-To będzie chyba 1860 rok chłopaki... Obawiam się, że to nie to pomieszczenie.- powiedział William, chwytając za wyglądającą na najbardziej zniszczoną upływem czasu teczkę.
-Rok 1900.- przeczytał z okładki.
-Ale macie tu pokój wypchany papierami sprzed 1900?- zapytał z nadzieją Nathaniel.
-Jasne, zaraz obok.- pokiwał głową ciemnooki.
-Świetnie.- skwitował Zack, ruszając do drzwi.
Kolejne pomieszczenie niewiele różniło się od poprzedniego, było może trochę mniejsze i bardziej zagracone... Jednak nadal nie znajdowało się w nim nic przydatnego.
-Może szukamy złej osoby.- mruknął blondyn, wachlując się swoją czapką. William wstał ze swojego miejsca na podłodze i otworzył szeroko okno.
-Też tak myślę, głos nie był zbyt kobiecy...- powiedział Nath.
-Twój głos też nie jest zbyt męski, a mimo to jesteś facetem.- zaśmiał się dźwięcznie Zack.
-Oh, skąd ta pewność?- prychnął Nathaniel oburzony.-Sprawdzałeś?
-Mhm. Kiedy spałeś.- kiwnął twierdząco, po chwili śmiejąc się głośno z miny przyjaciela.
-Dobra, Martin, zajmij się teczkami.- rzucił Nath, uśmiechając się pod nosem.
Po kilku minut, Aiden podskoczył z radosnym okrzykiem, rzucając papierami w Nathaniela.
-Wiedziałem, że to facet! Po prostu nie zdążył do końca napisać swojego imienia!- ucieszył się szatyn, gapiąc się na nagłówek gazety, który mówił: "Alexander Howard nie żyje. Kolej zbiera pierwsze krwawe żniwa". Jego uśmiech zniknął automatycznie, a klatka piersiowa ścisnęła się boleśnie.
-Pokaż to!- rzucił Zack, wyciągając rękę po kawałek papieru.
Szatyn odchylił się do tyłu, chwytając mocniej pierwszą stronę gazety.
-On miał dopiero dziewiętnaście lat.- powiedział smutno, przypatrując się formułce z kondolencjami dla rodziny.
-Niezałatwione sprawy.- powiedział Zack.- Są tam jakieś szczegóły?- zapytał.
-Nie bardzo.- pokręcił głową Nath.- Przydałoby się coś o tym gdzie mieszkali...
-Posiadłość Howardów jest nawiedzona.- powiedział poważnie Aiden, patrząc na Willa.
-Wiecie, gdzie to jest?- zapytał Nathaniel z podekscytowanoem.
-Tak, ale nie wydaje mi się, że możemy tam wejść...- stwierdził William.
-To jakiś zabytek czy coś? Możemy wejść w nocy...- zaproponował Zack.
-Nie o to chodzi.- zmieszał się William.
-Kiedyś próbowaliśmy tam wejść, no wiecie, jako dzieciaki.- zaczął Aiden, przyciskając czapkę do czubka swojej głowy.- Ale tam się nie da wytrzymać!- jego oczy rozszerzyły się zabawnie, kiedy rozłożył z przejęciem ramiona.
-Dlaczego?- Zack zmarszczył brwi, odkładając ostrożnie teczkę, którą trzymał.
-Te dziwne dźwięki, zapach i w ogóle...- powiedział Aiden.
-Dzieci mają bujną wyobraźnię, wiecie...- wzruszył ramionami Nathaniel.
-Może i tak, racja.- wzruszył ramionami Will, sprzątając wokół siebie.
Nathaniel złożył starannie kartkę, po czym szybko wsunął ją do kieszeni, kiedy myślał, że nikt nie patrzy. Uniósł wzrok spotykając się z rozbiawionymi, szarymi oczami przyjaciela.
Uśmiechnął się do niego i skierował do drzwi.
wtorek, 14 lipca 2015
Rozdział 8
-Chcesz powiedzieć, że krzyczałem nie swoim głosem?- rzucił z niedowierzaniem Nathaniel. Zack pokiwał głową bez słowa i wlepił wzrok w podłogę.- I mówisz mi o tym dopiero teraz?!- zapytał podniesionym głosem.
-Nath, możemy iść już spać? Jestem zmęczony...- westchnął, przesuwając palcami we włosach.
-Nie ma opcji żebym teraz zasnął!- oczy szatyna rozszerzyły się w panice, że Zack mógłby zasnąć i zostawić go samego...
-Chcesz spać ze mną?- zapytał Zack sennym głosem. Nath nic nie mówiąc, wstał ze swojego łóżka i ruszył do przyjaciela.- Auu!- jęknął brunet, kiedy łokieć Natha wylądował między jego żebrami.
-Sorki, Zee.- powiedział, cmokając go w skroń, układając się przy jego plecach. Tamten westchnął tylko bezsilnie.
-Wiesz, że nie pozwolę cię skrzywdzić, prawda?- zapytał Zack, a w odpowiedzi dostał mocniejsze ściśnięcie jego talii.
Nathaniel cieszył się, że ma takiego dobrego przyjaciela. Nie miał oprócz niego nikogo. Trafił do domu dziecka, kiedy był dzieckiem, bo jego rodzice zginęli w wypadku. Poznał bruneta w szkole, jeszcze kiedy James i Natalie żyli, i odtąd byli nierozłączni.
-Cieszę się, że cię mam.- wyszeptał mu na ucho, ucinając swoje rozmyślania, żeby nie zacząć płakać.
-Może... Po prostu wróćmy do Newcastle?- spróbował Zack ponownie.
-Musimy pomóc tym ludziom.- powiedział Nathaniel, tuląc twarz w ciemnych kosmykach przyjaciela, które pachniały jak trawa cytrynowa, tytoń i sam Zack.
-Jeśli tak bardzo ci na tym zależy...- szepnął szarooki, przyciskając się bliżej szatyna.
-Nie mogę wyrzucić tego głosu z głowy.- westchnął cicho.- I płaczu... Czemu płacze?- skrzywił się.
-Moja babcia mówiła kiedyś, że jeśli człowiek odejdzie zbyt szybko i nie zdąży załatwić swoich spraw, to włóczy się po ziemi, aż to zrobi. Stanie się wolny dopiero, gdy nie będzie go już nic tutaj trzymało.- powiedział Zack, gładząc dłoń, którą Nath ściskał jego żebra.
-Więc musimy pomóc także jemu.- stwierdził szatyn, po czym odpłynął w sen.
-Świeczki, tablica i biała kreda, zapalniczka...- wyliczał Zack, podając przedmioty do wyciągniętych po nie rąk Natha.
-Chodźmy.- jęknął szatyn pod ciężarem drewna i sześciu woskowych prostopadłościanów.
Zeszli na dół po starych schodach, kierując się do salonu, gdzie czekali już William, Aiden i pani Rosner.
-Will, zasłoń okna, proszę.- rzucił Zack, uśmiechając się do ciemnego blondyna. Czekoladowe tęczówki syna pastora zalśniły w podekscytowaniu lub czymś innym, kiedy zaciągnął czerwono-brązowe zasłony.
-Zgasić światło?- zapytała Janey, wyciągając palce do włącznika .
-Tak.- odpowiedział szybko Nathaniel, układając świece w równy sześcian.
-Myślisz, że to podziała, skoro cały dom jest poświęcony?- spytała zaniepokojona, patrząc niepewnie na szatyna.
-Ten duch jest naprawdę silny, jeśli przesuwa samochody...- westchnął, nie wspominając, że opętał on jego umysł kilka nocy temu.
Nathaniel w rzeczywistości wiedział bardzo dużo o duchach. Czytał o nich, by być bardziej wiarygodnym, jednak nie wierzył w te wszystkie teorie. Wszystko zmieniło się, gdy zrozumiał, że życie po śmierci może istnieć, wtedy przeczytane artykuły wydawały się bardziej wiarygodne.
-Niech każdy usiądzie przy jednej ze świec i zapali ją.- poprosił Nathaniel, otrzymując zapalniczkę od Zacka, który już wykonał jego polecenie.
Kiedy wokół znajdowało się już pięć płomyków, Nathaniel wyprostował i odetchnął, zamykając oczy. Pozostali zrobili to samo.
-Duchu, którego głos słyszeliśmy na przejeździe kolejowym, przybądź proszę.- powiedział głośno.
Drewniana tabliczka leżąca na środku zadrżała delikatnie.
-Nie lękaj się, porozmawiaj ze mną.- poprosił. Otworzył oczy, kiedy coś uderzyło mocno w drzwi, sprawiając, że się zatrzasnęły, a wszystkie świece zgasły.
Można było usłyszeć przyśpieszonye oddechy wszystkich obecnych. Nathaniel jeszcze raz powtórzył w myślach przywołanie, a nie zapalona wcześniej przez nikogo świeca, zasłynęła złotym płomieniem.
Nabrał gwałtownie powietrza, nie wierząc w to co się dzieje.
-Chcesz ze mną porozmawiać?- zapytał. Mały kawałek kredy przesunął się po tablicy, wydając nieprzyjemny dźwięk.
Przełknął ciężko ślinę, czytając proste "tak", które pojawiło się na środku.
-O cholera.- wyrwało się Aidenowi.
-Czy ty zabiłeś tych ludzi?- zapytał, bojąc się, że może to za szybko. Poprzedni napis zniknął z ciemnej powierzchni, a w zamian pojawiło się "musiałem".
-D-dlaczego?- zająknął się Nath.
-Pomóż mi.- wyszeptało coś ledwo slyszalnie, a Janey powstrzymywała się od krzyku.
Serce szatyna natychmiast przyśpieszyło, tak, że można było usłyszeć jego bicie, siedząc obok.
-Jak się nazywasz?- rzucił szybko, przypominając sobie, że nie zrobił tego na początku.
Tym razem nikt się nie odezwał, za to kreda poruszyła się niespokojnie.
Nathaniel nachylił się, by już zacząć czytać, kiedy ta szczególna świeca nagle zgasła, a pomieszczenie pogrążyło się w ciemności.
Nim zdążył się odsunąć, do pomieszczenia ktoś wszedł i zapalił światło.
Przy włącznik stał pastor, marszcząc brwi. Jednak zaraz po tym wyszedł bez słowa.
-Alexa.- przeczytał wreszcie Nath, ignorując wtargnięcie Jonathana.- A dalej jest rozmazane.
-Nie mamy jej nazwiska.- westchnął Zack.
-Możemy sprawdzić w ratuszu, czy ktoś o tym imieniu zginął na torach.- zaproponował William.
Pokiwali głowami z powagą.
-Ostra z niej laska.- rzucił Aiden, przerywając ciążącą ciszę i sprawiając, że zaczęli się śmiać.
-Nath, możemy iść już spać? Jestem zmęczony...- westchnął, przesuwając palcami we włosach.
-Nie ma opcji żebym teraz zasnął!- oczy szatyna rozszerzyły się w panice, że Zack mógłby zasnąć i zostawić go samego...
-Chcesz spać ze mną?- zapytał Zack sennym głosem. Nath nic nie mówiąc, wstał ze swojego łóżka i ruszył do przyjaciela.- Auu!- jęknął brunet, kiedy łokieć Natha wylądował między jego żebrami.
-Sorki, Zee.- powiedział, cmokając go w skroń, układając się przy jego plecach. Tamten westchnął tylko bezsilnie.
-Wiesz, że nie pozwolę cię skrzywdzić, prawda?- zapytał Zack, a w odpowiedzi dostał mocniejsze ściśnięcie jego talii.
Nathaniel cieszył się, że ma takiego dobrego przyjaciela. Nie miał oprócz niego nikogo. Trafił do domu dziecka, kiedy był dzieckiem, bo jego rodzice zginęli w wypadku. Poznał bruneta w szkole, jeszcze kiedy James i Natalie żyli, i odtąd byli nierozłączni.
-Cieszę się, że cię mam.- wyszeptał mu na ucho, ucinając swoje rozmyślania, żeby nie zacząć płakać.
-Może... Po prostu wróćmy do Newcastle?- spróbował Zack ponownie.
-Musimy pomóc tym ludziom.- powiedział Nathaniel, tuląc twarz w ciemnych kosmykach przyjaciela, które pachniały jak trawa cytrynowa, tytoń i sam Zack.
-Jeśli tak bardzo ci na tym zależy...- szepnął szarooki, przyciskając się bliżej szatyna.
-Nie mogę wyrzucić tego głosu z głowy.- westchnął cicho.- I płaczu... Czemu płacze?- skrzywił się.
-Moja babcia mówiła kiedyś, że jeśli człowiek odejdzie zbyt szybko i nie zdąży załatwić swoich spraw, to włóczy się po ziemi, aż to zrobi. Stanie się wolny dopiero, gdy nie będzie go już nic tutaj trzymało.- powiedział Zack, gładząc dłoń, którą Nath ściskał jego żebra.
-Więc musimy pomóc także jemu.- stwierdził szatyn, po czym odpłynął w sen.
-Świeczki, tablica i biała kreda, zapalniczka...- wyliczał Zack, podając przedmioty do wyciągniętych po nie rąk Natha.
-Chodźmy.- jęknął szatyn pod ciężarem drewna i sześciu woskowych prostopadłościanów.
Zeszli na dół po starych schodach, kierując się do salonu, gdzie czekali już William, Aiden i pani Rosner.
-Will, zasłoń okna, proszę.- rzucił Zack, uśmiechając się do ciemnego blondyna. Czekoladowe tęczówki syna pastora zalśniły w podekscytowaniu lub czymś innym, kiedy zaciągnął czerwono-brązowe zasłony.
-Zgasić światło?- zapytała Janey, wyciągając palce do włącznika .
-Tak.- odpowiedział szybko Nathaniel, układając świece w równy sześcian.
-Myślisz, że to podziała, skoro cały dom jest poświęcony?- spytała zaniepokojona, patrząc niepewnie na szatyna.
-Ten duch jest naprawdę silny, jeśli przesuwa samochody...- westchnął, nie wspominając, że opętał on jego umysł kilka nocy temu.
Nathaniel w rzeczywistości wiedział bardzo dużo o duchach. Czytał o nich, by być bardziej wiarygodnym, jednak nie wierzył w te wszystkie teorie. Wszystko zmieniło się, gdy zrozumiał, że życie po śmierci może istnieć, wtedy przeczytane artykuły wydawały się bardziej wiarygodne.
-Niech każdy usiądzie przy jednej ze świec i zapali ją.- poprosił Nathaniel, otrzymując zapalniczkę od Zacka, który już wykonał jego polecenie.
Kiedy wokół znajdowało się już pięć płomyków, Nathaniel wyprostował i odetchnął, zamykając oczy. Pozostali zrobili to samo.
-Duchu, którego głos słyszeliśmy na przejeździe kolejowym, przybądź proszę.- powiedział głośno.
Drewniana tabliczka leżąca na środku zadrżała delikatnie.
-Nie lękaj się, porozmawiaj ze mną.- poprosił. Otworzył oczy, kiedy coś uderzyło mocno w drzwi, sprawiając, że się zatrzasnęły, a wszystkie świece zgasły.
Można było usłyszeć przyśpieszonye oddechy wszystkich obecnych. Nathaniel jeszcze raz powtórzył w myślach przywołanie, a nie zapalona wcześniej przez nikogo świeca, zasłynęła złotym płomieniem.
Nabrał gwałtownie powietrza, nie wierząc w to co się dzieje.
-Chcesz ze mną porozmawiać?- zapytał. Mały kawałek kredy przesunął się po tablicy, wydając nieprzyjemny dźwięk.
Przełknął ciężko ślinę, czytając proste "tak", które pojawiło się na środku.
-O cholera.- wyrwało się Aidenowi.
-Czy ty zabiłeś tych ludzi?- zapytał, bojąc się, że może to za szybko. Poprzedni napis zniknął z ciemnej powierzchni, a w zamian pojawiło się "musiałem".
-D-dlaczego?- zająknął się Nath.
-Pomóż mi.- wyszeptało coś ledwo slyszalnie, a Janey powstrzymywała się od krzyku.
Serce szatyna natychmiast przyśpieszyło, tak, że można było usłyszeć jego bicie, siedząc obok.
-Jak się nazywasz?- rzucił szybko, przypominając sobie, że nie zrobił tego na początku.
Tym razem nikt się nie odezwał, za to kreda poruszyła się niespokojnie.
Nathaniel nachylił się, by już zacząć czytać, kiedy ta szczególna świeca nagle zgasła, a pomieszczenie pogrążyło się w ciemności.
Nim zdążył się odsunąć, do pomieszczenia ktoś wszedł i zapalił światło.
Przy włącznik stał pastor, marszcząc brwi. Jednak zaraz po tym wyszedł bez słowa.
-Alexa.- przeczytał wreszcie Nath, ignorując wtargnięcie Jonathana.- A dalej jest rozmazane.
-Nie mamy jej nazwiska.- westchnął Zack.
-Możemy sprawdzić w ratuszu, czy ktoś o tym imieniu zginął na torach.- zaproponował William.
Pokiwali głowami z powagą.
-Ostra z niej laska.- rzucił Aiden, przerywając ciążącą ciszę i sprawiając, że zaczęli się śmiać.
czwartek, 9 lipca 2015
Rozdział 7
-To obsydian.- stwierdził Nathaniel, czytając artykuł na Wikipedii.
-Dlaczego ci to dała?- zapytał Zack.
-Tu jest napisane, że to kamień Koziorożca.- powiedział szatyn, ignorując pytanie przyjaciela.- Skąd wiedziała?- uśmiechnął się do siebie, nadal gapiąc w ekran telefonu.
-Może czarownice wyczuwają takie rzeczy...- rzucił Aiden, zerkając na nich w lusterku.
-Najwidoczniej.- kiwnął Nath, chowając komórkę, by wyrwać naszyjnik z rąk Zacka. Brunet warknął rozdrażniony, nachylając się nad przyjacielem. Obaj dokładnie przyjrzeli się czarnemu, błyszczącemu kawałkowi kamienia oplecionego srebrnymi, wijącymi się na jego powierzchni gałązkami.
-Powinienem to nosić czy zakopać głęboko pod ziemią?- zaśmiał się Nathaniel.
-Ja bym z tym uważał.- Zack zacisnął szczękę, przyglądając się naszyjnikowi z wrogością.
-W takim razie włożę go do kieszeni.- wzruszył ramionami szatyn, robiąc tak jak powiedział.
-Wkładaj go sobie, gdzie chcesz. Tylko żeby nie było, że cię nie ostrzegałem.- burknął brunet.
-Od kiedy ty taki przesądny, Zee?- szatyn szturchnął go w bok, szczerząc się szeroko.
-Od wtedy, kiedy ty taki wesoły.- prychnął, odwracając się do okna.
Nathaniel wywrócił oczami, również zaczynając gapić się na mijane drzewa i budynki. Westchnął głośno, zapominając na chwilę, że nie jest sam. Odchrząknął po chwili, poprawiając się na siedzeniu.
-Co wy na to, żeby jeszcze dziś zahaczyć o nasze tory?- uśmiechnął się na swój genialny pomysł, szukając entuzjazmu także u pozostałych. Na Zacka nie ma co liczyć, pomyślał. Aiden wyluzowany prowadził swoje auto, kiwając głową do piosenki granej w radiu.
Swoją drogą- radio w takim samochodzie? Prawdopodobnie starszym , niż Nathaniel. Jakie prawdopodobnie... Na pewno starszym.
Wracając do sprawy z odwiedzinami nawiedzonego przejazdu kolejowego...
William obrócił się do niego, marszcząc czoło zabawnie.
-Nie lepiej poczekać do jutra?- zapytał.- Robi się ciemno...
-Duchy wolą noc, serio.- puścił mu oczko, na co tamten się zaczerwienił i odwrócił z powrotem.
Nastała cisza.
-To jak?- ponaglił Nath.
-Jedźmy tam, bo nie da nam spokoju.- mruknął wreszcie Zack, nawet nie patrząc na nich. Nathaniel poczuł się urażony.
-Jeśli nie chcecie, nie musimy, przecież...
-Chcemy, chcemy.- przerwał mu Aiden, uśmiechając się szczerze.- Im szybciej to coś zniknie, tym lepiej dla nas.
W tym momencie Nathowi zrobiło się trochę głupio przez to, że okłamali chłopaków. Zerknął na swojego przyjaciela, aa tamten jakby to wyczuł, odwzajemnił spojrzenie, zapewne podzielając jego zdanie na temat oszustwa.
Szatyn przełknął ciężko, spuszczając wzrok na kolana.
Po wysłuchaniu wszystkich piosenek zachowanych z epoki kamienia łupanego, wreszcie dojechali na miejsce. Nie to, że Nath miał coś przeciwko muzyce z poprzedniego wieku. Po prostu nie lubił country, jakie by nie było.
-Sprawdzimy tablicę?- zapytał blondyn, wyjmując kluczyki ze stacyjki.
-Nie mamy świec.- powiedział Nathaniel. Ruszył pewnym krokiem w stronę przejazdu, rozglądając się ostrożnie, pozostawiając resztę za sobą.
-Chcesz się z nami porozumieć?- zapytał, kiedy zatrzymał się przy metalowej barierce. Nic.
-Daj nam znak.- poprosił, uważnie obserwując otoczenie. Zauważył, że Zack stał kilka metrów od niego, jakby czekając w pogotowiu, by zagarnąć go w swoje bezpieczne ramiona. Uśmiechnął się delikatnie, kontynuując obserwację.
-Zrób cokolwiek.- odezwał się ponownie. Szukał wskazówek od istoty wokoło, ale nie zobaczył niczego szczególnego.
Chłód ogarnął jego zewnętrzną część dłoni. Sapnął zaskoczony, zabierając ją odruchowo. Odetchnął głęboko, widząc, że nikt obok niego nie stoi. To musiał być wiatr, pomyślał.
-Nie!- rozległ się przepełniony rozpaczą wrzask. Oczy wszystkich rozszerzyły się ze strachu, a Zack po chwili odrętwienia przyciągnął przyjaciela do siebie, rozglądając się nerwowo.
-Co to było?- wykrztusił Nathaniel.- Też to słyszeliście, prawda?- zapytał, a kiedy odwrócił się do nich, zobaczył, że kiwają twierdząco głowami.
-Chodźmy stąd.- powiedział twardo Zack, prowadząc go na siłę w stronę samochodu.
-Skąd dobiegał ten dźwięk?- rzucił z przejęciem Aiden, odpalając silnik.
-Z powietrza, po prostu, nie wiem jak to się stało.- mamrotał bojaźliwie William, wsiadając do auta.- Najgorsze jest to, że gdzieś już słyszałem ten głos...
-Poprzedniej nocy.- westchnął Zack.
-Co? Ja niczego nie słyszałem.- zmieszał się szatyn.
-Bo nie dało się cię obudzić.
-Dlaczego ci to dała?- zapytał Zack.
-Tu jest napisane, że to kamień Koziorożca.- powiedział szatyn, ignorując pytanie przyjaciela.- Skąd wiedziała?- uśmiechnął się do siebie, nadal gapiąc w ekran telefonu.
-Może czarownice wyczuwają takie rzeczy...- rzucił Aiden, zerkając na nich w lusterku.
-Najwidoczniej.- kiwnął Nath, chowając komórkę, by wyrwać naszyjnik z rąk Zacka. Brunet warknął rozdrażniony, nachylając się nad przyjacielem. Obaj dokładnie przyjrzeli się czarnemu, błyszczącemu kawałkowi kamienia oplecionego srebrnymi, wijącymi się na jego powierzchni gałązkami.
-Powinienem to nosić czy zakopać głęboko pod ziemią?- zaśmiał się Nathaniel.
-Ja bym z tym uważał.- Zack zacisnął szczękę, przyglądając się naszyjnikowi z wrogością.
-W takim razie włożę go do kieszeni.- wzruszył ramionami szatyn, robiąc tak jak powiedział.
-Wkładaj go sobie, gdzie chcesz. Tylko żeby nie było, że cię nie ostrzegałem.- burknął brunet.
-Od kiedy ty taki przesądny, Zee?- szatyn szturchnął go w bok, szczerząc się szeroko.
-Od wtedy, kiedy ty taki wesoły.- prychnął, odwracając się do okna.
Nathaniel wywrócił oczami, również zaczynając gapić się na mijane drzewa i budynki. Westchnął głośno, zapominając na chwilę, że nie jest sam. Odchrząknął po chwili, poprawiając się na siedzeniu.
-Co wy na to, żeby jeszcze dziś zahaczyć o nasze tory?- uśmiechnął się na swój genialny pomysł, szukając entuzjazmu także u pozostałych. Na Zacka nie ma co liczyć, pomyślał. Aiden wyluzowany prowadził swoje auto, kiwając głową do piosenki granej w radiu.
Swoją drogą- radio w takim samochodzie? Prawdopodobnie starszym , niż Nathaniel. Jakie prawdopodobnie... Na pewno starszym.
Wracając do sprawy z odwiedzinami nawiedzonego przejazdu kolejowego...
William obrócił się do niego, marszcząc czoło zabawnie.
-Nie lepiej poczekać do jutra?- zapytał.- Robi się ciemno...
-Duchy wolą noc, serio.- puścił mu oczko, na co tamten się zaczerwienił i odwrócił z powrotem.
Nastała cisza.
-To jak?- ponaglił Nath.
-Jedźmy tam, bo nie da nam spokoju.- mruknął wreszcie Zack, nawet nie patrząc na nich. Nathaniel poczuł się urażony.
-Jeśli nie chcecie, nie musimy, przecież...
-Chcemy, chcemy.- przerwał mu Aiden, uśmiechając się szczerze.- Im szybciej to coś zniknie, tym lepiej dla nas.
W tym momencie Nathowi zrobiło się trochę głupio przez to, że okłamali chłopaków. Zerknął na swojego przyjaciela, aa tamten jakby to wyczuł, odwzajemnił spojrzenie, zapewne podzielając jego zdanie na temat oszustwa.
Szatyn przełknął ciężko, spuszczając wzrok na kolana.
Po wysłuchaniu wszystkich piosenek zachowanych z epoki kamienia łupanego, wreszcie dojechali na miejsce. Nie to, że Nath miał coś przeciwko muzyce z poprzedniego wieku. Po prostu nie lubił country, jakie by nie było.
-Sprawdzimy tablicę?- zapytał blondyn, wyjmując kluczyki ze stacyjki.
-Nie mamy świec.- powiedział Nathaniel. Ruszył pewnym krokiem w stronę przejazdu, rozglądając się ostrożnie, pozostawiając resztę za sobą.
-Chcesz się z nami porozumieć?- zapytał, kiedy zatrzymał się przy metalowej barierce. Nic.
-Daj nam znak.- poprosił, uważnie obserwując otoczenie. Zauważył, że Zack stał kilka metrów od niego, jakby czekając w pogotowiu, by zagarnąć go w swoje bezpieczne ramiona. Uśmiechnął się delikatnie, kontynuując obserwację.
-Zrób cokolwiek.- odezwał się ponownie. Szukał wskazówek od istoty wokoło, ale nie zobaczył niczego szczególnego.
Chłód ogarnął jego zewnętrzną część dłoni. Sapnął zaskoczony, zabierając ją odruchowo. Odetchnął głęboko, widząc, że nikt obok niego nie stoi. To musiał być wiatr, pomyślał.
-Nie!- rozległ się przepełniony rozpaczą wrzask. Oczy wszystkich rozszerzyły się ze strachu, a Zack po chwili odrętwienia przyciągnął przyjaciela do siebie, rozglądając się nerwowo.
-Co to było?- wykrztusił Nathaniel.- Też to słyszeliście, prawda?- zapytał, a kiedy odwrócił się do nich, zobaczył, że kiwają twierdząco głowami.
-Chodźmy stąd.- powiedział twardo Zack, prowadząc go na siłę w stronę samochodu.
-Skąd dobiegał ten dźwięk?- rzucił z przejęciem Aiden, odpalając silnik.
-Z powietrza, po prostu, nie wiem jak to się stało.- mamrotał bojaźliwie William, wsiadając do auta.- Najgorsze jest to, że gdzieś już słyszałem ten głos...
-Poprzedniej nocy.- westchnął Zack.
-Co? Ja niczego nie słyszałem.- zmieszał się szatyn.
-Bo nie dało się cię obudzić.
środa, 8 lipca 2015
Rozdział 6
-Tak, też je widzę.- powiedziała z melancholią Janey.- Są takie smutne.
Chłopcy popatrzyli na siebie nawzajem. Smutne? To przykuło uwagę pani Rosner bardziej, niż fakt że te oczy lewitują? Nie są doczepione do żadnego ciała- ludzkiego czy zwierzęcego. Ciemność, a pośrodku tej ciemności para oczu. Jak się okazało smutnych oczu.
-Smutne?- zdziwił się William. Matka popatrzyła na niego z politowaniem.
-Ojciec namieszał ci w głowie tak bardzo, że bez niego nie zauważasz podstawowych rzeczy, Will.- odparła z gorzkim uśmiechem.
-Daj spokój, mamo.- spuścił głowę zawstydzony. Zack poklepał go po plecach i kiwnął do Nathaniela.
-My pójdziemy teraz na górę, ustalić dalszy plan działania...- rzucił brunet.
Chwycił przyjaciela za przód koszulki i pociągnął za sobą. Nath skrzywił się skonsternowany.
-O co ci chodzi?- zapytał, gdy wyższy wepchnął go do pokoju.
-Tu naprawdę dzieje się coś nienormalnego.- warknął szarooki.
-Nawet jeśli, to możemy przecież pobawić się w zaklinaczy duchów.- wzruszył ramionami, podchodząc do okna, rozglądając się za czymś ciekawym w ogrodzie pani Rosner.
-To nie jest zabawa, to coś może być niebezpieczne!- krzyknął, a Nathaniel uniósł brwi na niespotykane u Zacka dotychczas zachowanie.
-Wierzysz w to? Boisz się czegoś co już nie żyje?- prychnął, kręcąc głową z politowaniem.
-A jeśli zechce wepchnąć pod pociąg ciebie?- zapytał, wymachując rękami i podchodząc do miejsca, w którym stał Nath.
-Nie zrobi tego.- zapewnił, chcąc przekonać do tego zarówno Zacka, jak i siebie. Odwrócił się od okna, wzdychając ciężko.- Chcę po prostu dowiedzieć się o co tutaj chodzi...
Zachary przesunął dłonią po twarzy, czasami miał już dość pomysłów przyjaciela. Jednak i tak, mimo wszystko, zawsze godził się na to, co wymyślił szatyn.
-Dobra.- powiedział cicho.- Ale to ostatni raz.
-Tak, okay.- uśmiechnął się szeroko tamten.
Pokiwali zgodnie głowami, po czym oboje skierowali wzrok na plecak wypełniony fałszywie magicznymi przedmiotami.
-Teraz potrzebny jest nam prawdziwy sprzęt.- stwierdził Nath, wyjmując telefon z kieszeni.
-Skąd chcesz go wziąć?- zapytał Zack, zbliżając się do przyjaciela, by zajrzeć mu przez ramię. Nath uniósł komórkę, by brunet mógł zobaczyć lepiej to co widniało na jej ekranie.
-Sklep spirycystyczny?- zaśmiał się nisko Zachary.- To pewnie jeszcze gorsi oszuści, niż my...- dodał, kręcąc głową ze śmiechem.
-Warto spróbować.- powiedział obojętnie Nathaniel, zaznaczając lokalizację w Google Maps.
-Skoro tak uważasz.- brunet założył na siebie skórzaną kurtkę i chwycił telefon z szafki nnocnej.
-Wybierasz się gdzieś?
-Jeśli mamy tam jechać, powinniśmy zrobić to w tej chwili.- powiedział Zack.- To półtorej godziny stąd. Powiem Willowi, że potrzebujemy auta.- ruszył do drzwi, nie czekając na słowa aprobaty ze strony przyjaciela.
-Dobra.- wymamrotał Nath w pustą przestrzeń pokoju.
Zaznaczenie miejsca na mapie nie jest równoznaczne z trafieniem do niego. Zanim dotarli do małego sklepu ukrytego między najwęższymi uliczkami Woodcreek, spędzili ponad dwadzieścia minut na wałęsaniu się po mieście.
-Sklep spirytystyczny!- przeczytał radośnie Aiden, przygniatając obiema rękami swoją czapkę z daszkiem.
-Ziemia obiecana.- westchnął przesadnie Nath, dramatyzując.
-Myślałem, że jesteś ateistą...- rzucił Zack zmieszany słowami przyjaciela
-A co ma jedno do drugiego?
-Nieważne.- prychnął brunet, kręcąc głową z uśmiechem.
Nathaniel wzruszył ramionami obojętnie, podczas gdy Aiden i Will przypatrywali się im uważnie.
-To co? Wchodzimy?- zapytał Aiden.
-Jasne.- kiwnął Zack, a Nathaniel już jedną nogą był w środku.
W pomieszczeniu panował półmrok, małe okno przykrywały wzorzyste firany, zostawiając jedynie małą szparę, przez którą wpadały promienie słońca. Na ścianach wisiały przeróżne łapacze snów i amulety. Nie obyło się bez dziwnych rzeźb i ziół.
-Chyba dobrze trafiliśmy.- szepnął Nath do ucha Zacka, szczerząc się dumnie.
-Nie dzięki tobie.- brunet puścił mu oczko, odwracając się w stronę, z której doszedł ich hałas. Szatyn prychnął tylko, za co szarooki szturchnął go między żebra.
-Dzień dobry.- powiedzieli jeden po drugim, kiedy sprawczyni wspomnianego hałasu wyszła zza ciemnej kotary.
Jej falowane włosy w kolorze lawendy sięgały do ramion, przyciskane z góry przez wianek ze stokrotek. Miała na sobie białą letnią sukienkę i dziergany, beżowy sweter. Na szyi układał się wisiorek z tajemniczo wyglądającą zawieszką.
Teraz Nathaniel był pewien, że dobrze trafili. Ta tutaj wyglądała jak wiedźma, przewiercając ich na wylot swoimi intensywnie jasnoniebieskimi oczami.
-Nazywam się Skye, w czym mogę wam pomóc?- zapytała przyjemnym głosem.
-Chcemy porozumieć się z duchem.- powiedział z przejęciem Nathaniel.
-Ty chcesz.- sprostował Zack, a szatyn spiorunował go wzrokiem.
-Jakiego rodzaju duchem?- dziewczyna obserwowała twarz niebieskookiego, unosząc wyzywająco podbródek.
-Rodzaju?- mruknął chłopak skonsternowany.
-Mhm.- potwierdziła z zadowoleniem.
-A to ma jakieś znaczenie?- prychnął wkurzony.
-Właściwie nie.- uśmiechnęła się chytrze.
-Masz coś, co pomoże mi dogadać się z tym czymś czy nie?- warknął.
-Jasne, że mam.- pochyliła się do przodu, opierając łokcie na drewnianym blacie przed sobą.
-To sprzedaj mi to z łaski swojej.- powiedział, mierząc się z nią na spojrzenia. Po chwili spuściła wzrok, poddając się. Sięgnęła do półki z tyłu i zdjęła z niej średniej wielkości tabliczkę.
-Rozstawiasz świece, tworząc sześciokąt, potem wzywasz ducha i zadajesz mu pytania...- rzuciła zdawkowo.
-Ile?- zapytał jedynie.
-Dwadzieścia dolarów.- westchnęła.
Szatyn podał jej pieniądze, dotykając przypadkiem chłodnych palców dziewczyny. Schowała banknoty do kieszeni i wyciągnęła rękę po jeden z amuletów wiszących na ścianie.
-Masz.- wcisnęła go chłopakowi w dłoń.- Przyda ci się.- mruknęła.
-Dzięki.- odparł, ruszając do wyjścia.
-Zapraszam ponownie.- powiedziała.
-Do zobaczenia.- odpowiedział Zack, zerkając na nią.
-Zabawę czas zacząć.- uśmiechnął się Nathaniel, mocno ściskając naszyjnik.
Chłopcy popatrzyli na siebie nawzajem. Smutne? To przykuło uwagę pani Rosner bardziej, niż fakt że te oczy lewitują? Nie są doczepione do żadnego ciała- ludzkiego czy zwierzęcego. Ciemność, a pośrodku tej ciemności para oczu. Jak się okazało smutnych oczu.
-Smutne?- zdziwił się William. Matka popatrzyła na niego z politowaniem.
-Ojciec namieszał ci w głowie tak bardzo, że bez niego nie zauważasz podstawowych rzeczy, Will.- odparła z gorzkim uśmiechem.
-Daj spokój, mamo.- spuścił głowę zawstydzony. Zack poklepał go po plecach i kiwnął do Nathaniela.
-My pójdziemy teraz na górę, ustalić dalszy plan działania...- rzucił brunet.
Chwycił przyjaciela za przód koszulki i pociągnął za sobą. Nath skrzywił się skonsternowany.
-O co ci chodzi?- zapytał, gdy wyższy wepchnął go do pokoju.
-Tu naprawdę dzieje się coś nienormalnego.- warknął szarooki.
-Nawet jeśli, to możemy przecież pobawić się w zaklinaczy duchów.- wzruszył ramionami, podchodząc do okna, rozglądając się za czymś ciekawym w ogrodzie pani Rosner.
-To nie jest zabawa, to coś może być niebezpieczne!- krzyknął, a Nathaniel uniósł brwi na niespotykane u Zacka dotychczas zachowanie.
-Wierzysz w to? Boisz się czegoś co już nie żyje?- prychnął, kręcąc głową z politowaniem.
-A jeśli zechce wepchnąć pod pociąg ciebie?- zapytał, wymachując rękami i podchodząc do miejsca, w którym stał Nath.
-Nie zrobi tego.- zapewnił, chcąc przekonać do tego zarówno Zacka, jak i siebie. Odwrócił się od okna, wzdychając ciężko.- Chcę po prostu dowiedzieć się o co tutaj chodzi...
Zachary przesunął dłonią po twarzy, czasami miał już dość pomysłów przyjaciela. Jednak i tak, mimo wszystko, zawsze godził się na to, co wymyślił szatyn.
-Dobra.- powiedział cicho.- Ale to ostatni raz.
-Tak, okay.- uśmiechnął się szeroko tamten.
Pokiwali zgodnie głowami, po czym oboje skierowali wzrok na plecak wypełniony fałszywie magicznymi przedmiotami.
-Teraz potrzebny jest nam prawdziwy sprzęt.- stwierdził Nath, wyjmując telefon z kieszeni.
-Skąd chcesz go wziąć?- zapytał Zack, zbliżając się do przyjaciela, by zajrzeć mu przez ramię. Nath uniósł komórkę, by brunet mógł zobaczyć lepiej to co widniało na jej ekranie.
-Sklep spirycystyczny?- zaśmiał się nisko Zachary.- To pewnie jeszcze gorsi oszuści, niż my...- dodał, kręcąc głową ze śmiechem.
-Warto spróbować.- powiedział obojętnie Nathaniel, zaznaczając lokalizację w Google Maps.
-Skoro tak uważasz.- brunet założył na siebie skórzaną kurtkę i chwycił telefon z szafki nnocnej.
-Wybierasz się gdzieś?
-Jeśli mamy tam jechać, powinniśmy zrobić to w tej chwili.- powiedział Zack.- To półtorej godziny stąd. Powiem Willowi, że potrzebujemy auta.- ruszył do drzwi, nie czekając na słowa aprobaty ze strony przyjaciela.
-Dobra.- wymamrotał Nath w pustą przestrzeń pokoju.
Zaznaczenie miejsca na mapie nie jest równoznaczne z trafieniem do niego. Zanim dotarli do małego sklepu ukrytego między najwęższymi uliczkami Woodcreek, spędzili ponad dwadzieścia minut na wałęsaniu się po mieście.
-Sklep spirytystyczny!- przeczytał radośnie Aiden, przygniatając obiema rękami swoją czapkę z daszkiem.
-Ziemia obiecana.- westchnął przesadnie Nath, dramatyzując.
-Myślałem, że jesteś ateistą...- rzucił Zack zmieszany słowami przyjaciela
-A co ma jedno do drugiego?
-Nieważne.- prychnął brunet, kręcąc głową z uśmiechem.
Nathaniel wzruszył ramionami obojętnie, podczas gdy Aiden i Will przypatrywali się im uważnie.
-To co? Wchodzimy?- zapytał Aiden.
-Jasne.- kiwnął Zack, a Nathaniel już jedną nogą był w środku.
W pomieszczeniu panował półmrok, małe okno przykrywały wzorzyste firany, zostawiając jedynie małą szparę, przez którą wpadały promienie słońca. Na ścianach wisiały przeróżne łapacze snów i amulety. Nie obyło się bez dziwnych rzeźb i ziół.
-Chyba dobrze trafiliśmy.- szepnął Nath do ucha Zacka, szczerząc się dumnie.
-Nie dzięki tobie.- brunet puścił mu oczko, odwracając się w stronę, z której doszedł ich hałas. Szatyn prychnął tylko, za co szarooki szturchnął go między żebra.
-Dzień dobry.- powiedzieli jeden po drugim, kiedy sprawczyni wspomnianego hałasu wyszła zza ciemnej kotary.
Jej falowane włosy w kolorze lawendy sięgały do ramion, przyciskane z góry przez wianek ze stokrotek. Miała na sobie białą letnią sukienkę i dziergany, beżowy sweter. Na szyi układał się wisiorek z tajemniczo wyglądającą zawieszką.
Teraz Nathaniel był pewien, że dobrze trafili. Ta tutaj wyglądała jak wiedźma, przewiercając ich na wylot swoimi intensywnie jasnoniebieskimi oczami.
-Nazywam się Skye, w czym mogę wam pomóc?- zapytała przyjemnym głosem.
-Chcemy porozumieć się z duchem.- powiedział z przejęciem Nathaniel.
-Ty chcesz.- sprostował Zack, a szatyn spiorunował go wzrokiem.
-Jakiego rodzaju duchem?- dziewczyna obserwowała twarz niebieskookiego, unosząc wyzywająco podbródek.
-Rodzaju?- mruknął chłopak skonsternowany.
-Mhm.- potwierdziła z zadowoleniem.
-A to ma jakieś znaczenie?- prychnął wkurzony.
-Właściwie nie.- uśmiechnęła się chytrze.
-Masz coś, co pomoże mi dogadać się z tym czymś czy nie?- warknął.
-Jasne, że mam.- pochyliła się do przodu, opierając łokcie na drewnianym blacie przed sobą.
-To sprzedaj mi to z łaski swojej.- powiedział, mierząc się z nią na spojrzenia. Po chwili spuściła wzrok, poddając się. Sięgnęła do półki z tyłu i zdjęła z niej średniej wielkości tabliczkę.
-Rozstawiasz świece, tworząc sześciokąt, potem wzywasz ducha i zadajesz mu pytania...- rzuciła zdawkowo.
-Ile?- zapytał jedynie.
-Dwadzieścia dolarów.- westchnęła.
Szatyn podał jej pieniądze, dotykając przypadkiem chłodnych palców dziewczyny. Schowała banknoty do kieszeni i wyciągnęła rękę po jeden z amuletów wiszących na ścianie.
-Masz.- wcisnęła go chłopakowi w dłoń.- Przyda ci się.- mruknęła.
-Dzięki.- odparł, ruszając do wyjścia.
-Zapraszam ponownie.- powiedziała.
-Do zobaczenia.- odpowiedział Zack, zerkając na nią.
-Zabawę czas zacząć.- uśmiechnął się Nathaniel, mocno ściskając naszyjnik.
czwartek, 2 lipca 2015
Rozdział 5
Kiedy Nathaniel obudził się następnego dnia, Zack siedział na jego łóżku, gapiąc się na niego z szeroko otwartymi oczami. Szatyn potarł zmęczone oczy pięściami i posłał przyjacielowi pytające spojrzenie.
-Co jest, Zee?- odezwał się chrapliwym głosem.
-Krzyczałeś przez sen jakieś pół nocy. Nie dało się cię obudzić.- wytłumaczył brunet. Zmartwione, szare oczy obserwowały z przejęciem jego twarz.
-Co krzyczałem?- zapytał Nath, siadając powoli.
-Nie.- powiedział poważnie Zack.
-Po prostu mi powiedz. To było coś zboczonego? Chcą nas wyrzucić z domu?- uśmiechnął się lekko.
-To było po prostu "nie".- sprecyzował brunet.
-Oh.
-Tylko tyle.- potwierdził.
-I o to tyle zachodu?- prychnął chłopak.
-Postawiłeś na nogi cały dom.- westchnął ciężko Zack.
-Nie wiedziałem, że mam aż tak donośny głos.- zaśmiał się.
-Przestań żartować. To miała być kolejna szopka, którą odegramy, ale robi się dziwnie.- Zack pokręcił głową, wstając z łóżka.
-I tak jest, Zee. Tylko nie mów tak głośno, bo usłyszą...- mruknął w odpowiedzi, również podnosząc się z materaca.
-Okay. Ale nie pozwólmy na to, by ich wyobraźnia miała na nas wpływ. Obiecasz mi to?- zapytał brunet, patrząc na niego uważnie.
-Jasne, nie ulegam wpływom.- puścił mu oczko.
-Tak, racja.- pokiwał głową zgodnie, spuszczając oczy na podłogę.- Po prostu...- zaczął.
-Tak?
-To nie może zajść za daleko. Niech to będzie nasza ostatnia robota.- powiedział pewnie.
-Umowa stoi.- zapewnił go przyjaciel.- I... Zack?
-Hm?
-Zamówmy dzisiaj pizzę, mam niedobór fast-foodów we krwi.- rzucił, po czym obaj zaczęli się śmiać.
-Dla ciebie wszystko.- parsknął Zack, wychodząc do łazienki
Śniadanie przebiegło w niezręcznej ciszy, a domownicy nie spojrzeli ani razu Nathowi prosto w oczy. To byli ludzie żyjący zgodnie z Bogiem, kierujący się zwyczajami przodków- zapewne myśleli, że szatyn został opętany lub coś w tym stylu. Jednak on nie przejął się tym zbytnio. Jedzenie w spokoju nie było takie złe jak zawsze zakładał.
-Przejrzyjmy teraz zdjęcia z wczoraj, a wieczorem wrócimy na miejsce.- zadecydował Nathaniel. Sięgnął do zegarka, by sprawdzić godzinę, ale zapomniał, że nie przekręcił go wczoraj.
-Jest równo jedenasta.- powiedział William, widząc jego zirytowane spojrzenie.
-Dzięki.- rzucił tylko Brytyjczyk, dłubiąc przy pokrętłach z boku.
-Chcesz obejrzeć te zdjęcia z nami, Will?- zapytał Zack, a Nathaniel uniósł głowę na zdrobnienie, które wyleciało z ust jego przyjaciela.
-Jasne, zróbmy to w salonie. Mój ojciec poszedł właśnie odprawiać mszę, więc mamy spokój na jakieś dwie godziny.- wymamrotał cicho William.
-Spokój?- Nathaniel zmarszczył brwi skonsternowany.
-Jest sceptyczny co do tego wszystkiego.- westchnął chłopak.- Uważa, że widocznie tak musiało być, że nie należy złościć tego... Ducha? Czymkolwiek to jest, według niego, powinniśmy pozostawić to w spokoju.- oznajmił, krzywiąc się.
-Naprawdę? Dlaczego, więc wynajęliście nas?- zapytał podejrzliwie Nathaniel.
-Wszyscy w okolicy boją się tego miejsca i po prostu nie mogliśmy już dłużej wytrzymać.- wzruszył ramionami.
-Rozumiem.
Poszli po aparat Zacka, a potem przerzucili zdjęcia na laptop Williama, by lepiej przyjrzeć się szczegółom. Niektóre z fotografii były po prostu mieszaniną czarnych i granatowych plam. Jednak jedno zdjęcie szczególnie przykuło uwagę Nathaniela.
-Robiłeś nam zdjęcia?- zapytał Zacka.
-Nie, dlaczego?- zmieszał się brunet. William przeczesał swoje ciemne blond kosmyki nerwowym odruchem. Cała trójka przyjrzała się lepiej fotografii, którą powiększył przed chwilą Nath.
-Oczy.- wyszeptał szatyn.
-Co jest, Zee?- odezwał się chrapliwym głosem.
-Krzyczałeś przez sen jakieś pół nocy. Nie dało się cię obudzić.- wytłumaczył brunet. Zmartwione, szare oczy obserwowały z przejęciem jego twarz.
-Co krzyczałem?- zapytał Nath, siadając powoli.
-Nie.- powiedział poważnie Zack.
-Po prostu mi powiedz. To było coś zboczonego? Chcą nas wyrzucić z domu?- uśmiechnął się lekko.
-To było po prostu "nie".- sprecyzował brunet.
-Oh.
-Tylko tyle.- potwierdził.
-I o to tyle zachodu?- prychnął chłopak.
-Postawiłeś na nogi cały dom.- westchnął ciężko Zack.
-Nie wiedziałem, że mam aż tak donośny głos.- zaśmiał się.
-Przestań żartować. To miała być kolejna szopka, którą odegramy, ale robi się dziwnie.- Zack pokręcił głową, wstając z łóżka.
-I tak jest, Zee. Tylko nie mów tak głośno, bo usłyszą...- mruknął w odpowiedzi, również podnosząc się z materaca.
-Okay. Ale nie pozwólmy na to, by ich wyobraźnia miała na nas wpływ. Obiecasz mi to?- zapytał brunet, patrząc na niego uważnie.
-Jasne, nie ulegam wpływom.- puścił mu oczko.
-Tak, racja.- pokiwał głową zgodnie, spuszczając oczy na podłogę.- Po prostu...- zaczął.
-Tak?
-To nie może zajść za daleko. Niech to będzie nasza ostatnia robota.- powiedział pewnie.
-Umowa stoi.- zapewnił go przyjaciel.- I... Zack?
-Hm?
-Zamówmy dzisiaj pizzę, mam niedobór fast-foodów we krwi.- rzucił, po czym obaj zaczęli się śmiać.
-Dla ciebie wszystko.- parsknął Zack, wychodząc do łazienki
Śniadanie przebiegło w niezręcznej ciszy, a domownicy nie spojrzeli ani razu Nathowi prosto w oczy. To byli ludzie żyjący zgodnie z Bogiem, kierujący się zwyczajami przodków- zapewne myśleli, że szatyn został opętany lub coś w tym stylu. Jednak on nie przejął się tym zbytnio. Jedzenie w spokoju nie było takie złe jak zawsze zakładał.
-Przejrzyjmy teraz zdjęcia z wczoraj, a wieczorem wrócimy na miejsce.- zadecydował Nathaniel. Sięgnął do zegarka, by sprawdzić godzinę, ale zapomniał, że nie przekręcił go wczoraj.
-Jest równo jedenasta.- powiedział William, widząc jego zirytowane spojrzenie.
-Dzięki.- rzucił tylko Brytyjczyk, dłubiąc przy pokrętłach z boku.
-Chcesz obejrzeć te zdjęcia z nami, Will?- zapytał Zack, a Nathaniel uniósł głowę na zdrobnienie, które wyleciało z ust jego przyjaciela.
-Jasne, zróbmy to w salonie. Mój ojciec poszedł właśnie odprawiać mszę, więc mamy spokój na jakieś dwie godziny.- wymamrotał cicho William.
-Spokój?- Nathaniel zmarszczył brwi skonsternowany.
-Jest sceptyczny co do tego wszystkiego.- westchnął chłopak.- Uważa, że widocznie tak musiało być, że nie należy złościć tego... Ducha? Czymkolwiek to jest, według niego, powinniśmy pozostawić to w spokoju.- oznajmił, krzywiąc się.
-Naprawdę? Dlaczego, więc wynajęliście nas?- zapytał podejrzliwie Nathaniel.
-Wszyscy w okolicy boją się tego miejsca i po prostu nie mogliśmy już dłużej wytrzymać.- wzruszył ramionami.
-Rozumiem.
Poszli po aparat Zacka, a potem przerzucili zdjęcia na laptop Williama, by lepiej przyjrzeć się szczegółom. Niektóre z fotografii były po prostu mieszaniną czarnych i granatowych plam. Jednak jedno zdjęcie szczególnie przykuło uwagę Nathaniela.
-Robiłeś nam zdjęcia?- zapytał Zacka.
-Nie, dlaczego?- zmieszał się brunet. William przeczesał swoje ciemne blond kosmyki nerwowym odruchem. Cała trójka przyjrzała się lepiej fotografii, którą powiększył przed chwilą Nath.
-Oczy.- wyszeptał szatyn.
środa, 1 lipca 2015
Rozdział 4
Około godziny dziewiętnastej, kiedy zaczęło się ściemniać, cała czwórka ponownie ruszyła na przejazd kolejowy. W mroku to miejsce naprawdę wyglądało podejrzanie, ale chłopcy nie wierzyli w życie po śmierci, więc szli pewnie w stronę zabezpieczeń wokół torów.
-Myślę, że powinniśmy zrobić zdjęcia.- Nathaniel zwrócił się do Zacka.
-Racja.- brunet wyjął ze swojego plecaka aparat fotograficzny i zbliżył się do żelaznej konstrukcji.
William i Aiden stali w bezpiecznej odległości od przejazdu, obserwując uważnie poczynania "ekspertów".
-Coś na nich widać?- zapytał po pewnym czasie Aiden, poprawiając swojego niebieskiego snapbacka.
-Formy nadprzyrodzone mogą wykazać swoją obecność na zdjęciach nawet po latach.- oznajmił fachowo Nathaniel, przybierając poważny wyraz twarzy.- Jednak mamy nadzieję, że w tym przypadku pokażą się od razu.- uśmiechnął się delikatnie.
Tamci pokiwali głowami, nie odzywając się, gdy Zack nadal robił zdjęcia, wyginając się na różne sposoby, by uzyskać jak najrozmaitsze ujęcia.
Nathaniel zaśmiał się pod nosem, podchodząc do niego.
-Nie wczuwaj się tak, stary.- powiedział, klepiąc go po plecach. Zack wzruszył jedynie ramionami, prostując się i oglądając fotografie, które zrobił przed chwilą.
-Nic.- westchnął ciężko.
-Na razie nic.- poprawił go szatyn.
Wyjął z kieszeni dyktafon i spojrzał na pozostałych.
-Spróbujemy nawiązać z nimi kontakt.- powiedział.
-Wywołasz ducha?- oczy blondyna powiększyły się komicznie.
-Spróbuję z nim porozmawiać.- wyjaśnił. Włączył dyktafon, zastanawiając się jakich słów użyć.
-Duchu tego miejsca, słyszysz mnie?- zapytał głośno. Cisza.
-Daj nam jakiś znak.- poprosił. Nadal nic się nie działo.
-Duchu tego miejsca, odezwij się do nas.- powiedział poważnie.
Pozostała trójka wstrzymywała oddech, lustrując otoczenie wokół.
Nathaniel pokręcił głową z rozczarowaniem.
-Prawdopodobnie nie chce nas tutaj.- powiedział, wyłączając dyktafon i ruszając w stronę reszty, jednak nagle zatrzymał się wpół kroku. Zmarszczył brwi, rozglądając się dookoła.
-Słyszycie to?- zapytał.
-Co?- odezwał się William, a Aiden przełknął głośno ślinę.
-Nie żartujcie sobie.- rzucił Nath, patrząc na swojego przyjaciela. Zack ruszył w jego stronę, nachylając się blisko.
-Co tym razem chcesz im wcisnąć? Nie ustalaliśmy tego wcześniej...- wyszeptał, poddenerwowany improwizacją Nathaniela.
-Nie mówisz poważnie.- niższy spojrzał mu w oczy ze zdezorientowaniem.
Zack nic już nie rozumiał.
-Jak to? Naprawdę coś słyszysz?- zapytał poważnie.
-Ktoś płacze.- powiedział pewnie Nathaniel.- Nie da się tego nie usłyszeć.
-Co ty bredzisz?- brunet westchnął ze złości. Mogli razem wkręcać klientów, ale nie siebie nawzajem.
-Ktoś płacze, Zack. Nie mów, że tylko ja to słyszę.- szatyn złapał go za ramię i ścisnął mocno.
-Cholera, Nath, brałeś coś?!- krzyknął na niego, a szatyn sapnął przez frustrację, która go ogarnęła.
-Wy też nie słyszycie? Może ktoś potrzebuje pomocy.- rzucił, rozglądając się.
Ruszył w stronę torów, puszczając ramionami Zacka.
-Hej, gdzie jesteś?- powiedział w ciemność. Łkanie zaczęło słabnąć, a po chwili całkowicie ucichło, jakby od początku istniało jedynie w głowie Nathaniela.
-Co do kurwy.- warknął, zaciskając pięści, kiedy przeszedł go chłodny dreszcz.
-Wracajmy.- powiedział cicho William.- Zaraz dwudziesta pierwsza.
Nathaniel spuścił wzrok na swój zegarek. Wskazywał on równo północ.
-Chyba popsuł mi się zegarek.- powiedział tylko, a potem skierował się prosto do samochodu.
Nikt nie odzywał się podczas drogi powrotnej.
-Myślę, że powinniśmy zrobić zdjęcia.- Nathaniel zwrócił się do Zacka.
-Racja.- brunet wyjął ze swojego plecaka aparat fotograficzny i zbliżył się do żelaznej konstrukcji.
William i Aiden stali w bezpiecznej odległości od przejazdu, obserwując uważnie poczynania "ekspertów".
-Coś na nich widać?- zapytał po pewnym czasie Aiden, poprawiając swojego niebieskiego snapbacka.
-Formy nadprzyrodzone mogą wykazać swoją obecność na zdjęciach nawet po latach.- oznajmił fachowo Nathaniel, przybierając poważny wyraz twarzy.- Jednak mamy nadzieję, że w tym przypadku pokażą się od razu.- uśmiechnął się delikatnie.
Tamci pokiwali głowami, nie odzywając się, gdy Zack nadal robił zdjęcia, wyginając się na różne sposoby, by uzyskać jak najrozmaitsze ujęcia.
Nathaniel zaśmiał się pod nosem, podchodząc do niego.
-Nie wczuwaj się tak, stary.- powiedział, klepiąc go po plecach. Zack wzruszył jedynie ramionami, prostując się i oglądając fotografie, które zrobił przed chwilą.
-Nic.- westchnął ciężko.
-Na razie nic.- poprawił go szatyn.
Wyjął z kieszeni dyktafon i spojrzał na pozostałych.
-Spróbujemy nawiązać z nimi kontakt.- powiedział.
-Wywołasz ducha?- oczy blondyna powiększyły się komicznie.
-Spróbuję z nim porozmawiać.- wyjaśnił. Włączył dyktafon, zastanawiając się jakich słów użyć.
-Duchu tego miejsca, słyszysz mnie?- zapytał głośno. Cisza.
-Daj nam jakiś znak.- poprosił. Nadal nic się nie działo.
-Duchu tego miejsca, odezwij się do nas.- powiedział poważnie.
Pozostała trójka wstrzymywała oddech, lustrując otoczenie wokół.
Nathaniel pokręcił głową z rozczarowaniem.
-Prawdopodobnie nie chce nas tutaj.- powiedział, wyłączając dyktafon i ruszając w stronę reszty, jednak nagle zatrzymał się wpół kroku. Zmarszczył brwi, rozglądając się dookoła.
-Słyszycie to?- zapytał.
-Co?- odezwał się William, a Aiden przełknął głośno ślinę.
-Nie żartujcie sobie.- rzucił Nath, patrząc na swojego przyjaciela. Zack ruszył w jego stronę, nachylając się blisko.
-Co tym razem chcesz im wcisnąć? Nie ustalaliśmy tego wcześniej...- wyszeptał, poddenerwowany improwizacją Nathaniela.
-Nie mówisz poważnie.- niższy spojrzał mu w oczy ze zdezorientowaniem.
Zack nic już nie rozumiał.
-Jak to? Naprawdę coś słyszysz?- zapytał poważnie.
-Ktoś płacze.- powiedział pewnie Nathaniel.- Nie da się tego nie usłyszeć.
-Co ty bredzisz?- brunet westchnął ze złości. Mogli razem wkręcać klientów, ale nie siebie nawzajem.
-Ktoś płacze, Zack. Nie mów, że tylko ja to słyszę.- szatyn złapał go za ramię i ścisnął mocno.
-Cholera, Nath, brałeś coś?!- krzyknął na niego, a szatyn sapnął przez frustrację, która go ogarnęła.
-Wy też nie słyszycie? Może ktoś potrzebuje pomocy.- rzucił, rozglądając się.
Ruszył w stronę torów, puszczając ramionami Zacka.
-Hej, gdzie jesteś?- powiedział w ciemność. Łkanie zaczęło słabnąć, a po chwili całkowicie ucichło, jakby od początku istniało jedynie w głowie Nathaniela.
-Co do kurwy.- warknął, zaciskając pięści, kiedy przeszedł go chłodny dreszcz.
-Wracajmy.- powiedział cicho William.- Zaraz dwudziesta pierwsza.
Nathaniel spuścił wzrok na swój zegarek. Wskazywał on równo północ.
-Chyba popsuł mi się zegarek.- powiedział tylko, a potem skierował się prosto do samochodu.
Nikt nie odzywał się podczas drogi powrotnej.
poniedziałek, 29 czerwca 2015
Rozdział 3
Następnego ranka spotkali się z rodziną Rosnerów na wspólnym śniadaniu, gdzie poznali żonę pastora Jonathana- Janey.
-Jak wam się spało, chłopcy?- zapytała jasnowłosa kobieta, kiedy zasiedli już wszyscy przy stole.
-W porządku, tylko to wycie wilków było uciążliwe, nie jesteśmy przyzwyczajeni...- odparł z uprzejmym uśmiechem Nathaniel.
-Wilków? U nas nie ma wilków...- powiedziała Janey zmieszana.
-Może to po prostu dzikie psy.- rzucił szybko pastor.
-Możliwe, nie znam się zbytnio na zwierzętach.- Nath uśmiechnął się ponownie, sięgając po kromkę chleba.
Zack posłał mu pytające spojrzenie z miejsca obok, marszcząc ciemne brwi. Szatyn zerknął tylko w szare tęczówki przyjaciela, uśmiechając się chytrze. Położył pod stołem dłoń na jego kolanie i poklepał uspokajająco.
-William zaprowadzi was dzisiaj na miejsce tego... zjawiska.- oznajmił Jonathan, kiedy skończyli jeść śniadanie. Janey zaczęła zbierać naczynia i chłopcy zaoferowali jej pomoc, ale ta tylko pokręciła głową z uśmiechem, i wygoniła ich z kuchni.
Aiden miał zjawić się za kilka minut, więc wrócili do pokoju gościnnego, by zabrać kilka dziwnie wyglądających przedmiotów i ustalić plan działania.
Na koniec Zack zapytał jeszcze:
-O co chodziło z tymi wilkami? Ja niczego nie słyszałem...
-Ja też nie.
-To dlaczego.. Oh, rozumiem.- pokręcił głową, prychając z uśmiechem.
-Sprawdziłem wcześniej.- mówił dalej Nathaniel, kontynuując pakowanie potrzebnych rzeczy.- Tutaj żyją tylko kojoty, a ich wycia nie można pomylić z wilczym. Dzikie psy są odstrzeliwane. Teraz chyba masz jasność.- puścił mu oczko, zapinając torbę.
-Tylko nie przesadź, bo zwariują ze strachu tak jak Johnsonowie.- zaśmiał się dźwięcznie brunet.
-Nigdy więcej hologramów.- rzucił Nathaniel, otwierając szerzej oczy.
-Taa.
Zeszli na dół, kiedy Aiden zatrąbił klaksonem, za co William ochrzaniał go całą drogę na miejsce paranormalnych zdarzeń.
-Po co wam to wszystko?- zapytał blondyn, zamykając auto na klucz, po tym jak zaparkował kilkanaście metrów od przejazdu kolejowego.
-Takie tam magiczne pierdoły.- zaśmiał się Nathaniel.
-I to naprawdę działa?- dopytywał z ciekawością Aiden.
-Mhm.- kiwnął mu szatyn, zagryzając dolną wargę z nerwów.
Ludzie w ich wieku przeważnie nie wierzyli w ten cały cyrk, który odstawiali przed starszymi, przesądnymi klientami. Nathaniel tłumił wyrzuty sumienia za wciskanie takiego kitu ludziom, ale z czegoś musiał żyć, a to piękne ciało nie zostało stworzone do pracy.
-Dobrze, co my tu mamy?- Nathaniel puścił torbę, a ona uderzyła miękko o uklepany piasek. Ruszył do przodu, oglądając dokładnie miejsce, zamykając oczy co jakiś czas. Zack wyjął ze swojego plecaka kawałek drewna, który kiedyś wygięli w dziwny sposób i wbił w ziemię, obserwując jego położenie pod różnym kątem.
Po kilku minutach spacerowania wte i wewte zatrzymali się, spoglądając na siebie.
-Musimy wrócić tutaj jutro. Duchy nie są chętne do kontaktu z obcymi dzisiaj.- westchnął z udawanym żalem Nathaniel. Zack potwierdził szybko jego słowa i skierował się do drewna wbitego w ziemię. Wyjął je i upuścił na ziemię, kiedy Nath do niego podszedł. Razem zapakowali wszystkie przyrządy do torby i plecaka, a później z rozczarowaniem wrócili do samochodu Aidena.
-Nic nie powiedziały?- zapytał William, kiedy jechali w drogę powrotną.
-Niestety.
-Może powinniśmy wrócić tutaj w nocy...- zaproponował Zack, patrząc na przyjaciela pytająco.
-Jeśli jest taka możliwość.- Nathaniel odwrócił się do Williama, czekając na jego aprobatę.
-Tak, myślę, że możemy to zrobić.
-Jak wam się spało, chłopcy?- zapytała jasnowłosa kobieta, kiedy zasiedli już wszyscy przy stole.
-W porządku, tylko to wycie wilków było uciążliwe, nie jesteśmy przyzwyczajeni...- odparł z uprzejmym uśmiechem Nathaniel.
-Wilków? U nas nie ma wilków...- powiedziała Janey zmieszana.
-Może to po prostu dzikie psy.- rzucił szybko pastor.
-Możliwe, nie znam się zbytnio na zwierzętach.- Nath uśmiechnął się ponownie, sięgając po kromkę chleba.
Zack posłał mu pytające spojrzenie z miejsca obok, marszcząc ciemne brwi. Szatyn zerknął tylko w szare tęczówki przyjaciela, uśmiechając się chytrze. Położył pod stołem dłoń na jego kolanie i poklepał uspokajająco.
-William zaprowadzi was dzisiaj na miejsce tego... zjawiska.- oznajmił Jonathan, kiedy skończyli jeść śniadanie. Janey zaczęła zbierać naczynia i chłopcy zaoferowali jej pomoc, ale ta tylko pokręciła głową z uśmiechem, i wygoniła ich z kuchni.
Aiden miał zjawić się za kilka minut, więc wrócili do pokoju gościnnego, by zabrać kilka dziwnie wyglądających przedmiotów i ustalić plan działania.
Na koniec Zack zapytał jeszcze:
-O co chodziło z tymi wilkami? Ja niczego nie słyszałem...
-Ja też nie.
-To dlaczego.. Oh, rozumiem.- pokręcił głową, prychając z uśmiechem.
-Sprawdziłem wcześniej.- mówił dalej Nathaniel, kontynuując pakowanie potrzebnych rzeczy.- Tutaj żyją tylko kojoty, a ich wycia nie można pomylić z wilczym. Dzikie psy są odstrzeliwane. Teraz chyba masz jasność.- puścił mu oczko, zapinając torbę.
-Tylko nie przesadź, bo zwariują ze strachu tak jak Johnsonowie.- zaśmiał się dźwięcznie brunet.
-Nigdy więcej hologramów.- rzucił Nathaniel, otwierając szerzej oczy.
-Taa.
Zeszli na dół, kiedy Aiden zatrąbił klaksonem, za co William ochrzaniał go całą drogę na miejsce paranormalnych zdarzeń.
-Po co wam to wszystko?- zapytał blondyn, zamykając auto na klucz, po tym jak zaparkował kilkanaście metrów od przejazdu kolejowego.
-Takie tam magiczne pierdoły.- zaśmiał się Nathaniel.
-I to naprawdę działa?- dopytywał z ciekawością Aiden.
-Mhm.- kiwnął mu szatyn, zagryzając dolną wargę z nerwów.
Ludzie w ich wieku przeważnie nie wierzyli w ten cały cyrk, który odstawiali przed starszymi, przesądnymi klientami. Nathaniel tłumił wyrzuty sumienia za wciskanie takiego kitu ludziom, ale z czegoś musiał żyć, a to piękne ciało nie zostało stworzone do pracy.
-Dobrze, co my tu mamy?- Nathaniel puścił torbę, a ona uderzyła miękko o uklepany piasek. Ruszył do przodu, oglądając dokładnie miejsce, zamykając oczy co jakiś czas. Zack wyjął ze swojego plecaka kawałek drewna, który kiedyś wygięli w dziwny sposób i wbił w ziemię, obserwując jego położenie pod różnym kątem.
Po kilku minutach spacerowania wte i wewte zatrzymali się, spoglądając na siebie.
-Musimy wrócić tutaj jutro. Duchy nie są chętne do kontaktu z obcymi dzisiaj.- westchnął z udawanym żalem Nathaniel. Zack potwierdził szybko jego słowa i skierował się do drewna wbitego w ziemię. Wyjął je i upuścił na ziemię, kiedy Nath do niego podszedł. Razem zapakowali wszystkie przyrządy do torby i plecaka, a później z rozczarowaniem wrócili do samochodu Aidena.
-Nic nie powiedziały?- zapytał William, kiedy jechali w drogę powrotną.
-Niestety.
-Może powinniśmy wrócić tutaj w nocy...- zaproponował Zack, patrząc na przyjaciela pytająco.
-Jeśli jest taka możliwość.- Nathaniel odwrócił się do Williama, czekając na jego aprobatę.
-Tak, myślę, że możemy to zrobić.
sobota, 20 czerwca 2015
Rozdział 2
-No i jesteśmy!- rzucił wesoło Nathaniel, klepiąc swojego przyjaciela po plecach.- Nie było tak źle, prawda?- uśmiechnął w stronę Zacka, którego twarz wyrażała jawny sprzeciw.
-Zaraz zwymiotuję na twoje buty. Czy wtedy też powiesz, że nie było tak źle?- powiedział brunet, wbijając swoje ciemne jak nocne niebo tęczówki w wykrzywioną przez obrzydzenie twarz niższego chłopaka. Nathaniel tylko pokręcił przecząco głową, ruszając do przodu, w stronę szerokich, przeszklonych drzwi, ciągnąc swoją skórzaną walizkę za sobą.
Obaj zatrzymali się dopiero na zewnątrz, stając na szarym asfalcie, oświetlanym przez latarnie i księżyc.
-Jak romantycznie.- powiedział z ronią Nathaniel.
-Bardzo. Lepiej powiedz, gdzie to auto, które mieli nam podstawić.- warknął Zack, obejmując się ramionami z powodu dość chłodnego powietrza.
-Rozglądaj się za grafitowym Cadillaciem.- poradził szatyn,, stając na palcach, jakby to dużo mu dawało.
-Jakim?- na czole Zacka pojawiła się mała zmarszczka.
-To taki odcień szarego.- wyjaśnił krótko Nathaniel.
Zack tylko pokiwał głową, prawdopodobnie rozumiejąc.
Dostrzegli auto na samym końcu długiego rzędu. Obok niego stał szeroko uśmiechnięty blondyn, machając energicznie w ich kierunku.
-Zachary Martin i Nathaniel Heils?- zapytał, nie przestając rozrywania swoich policzków wielkim uśmiechem.
-Tak, to my, skąd...
-Widać, że jesteście z Europy!- wykrzyknął, a ludzie idący w stronę czekających na nich ludzi zerknęli na niego, dopatrując się oznak choroby psychicznej.
-Po czym to stwierdzasz...
-Aiden, Aiden Grant.- odpowiedział na niezadane pytanie, wyciągając w kierunku Nathaniela dłoń.
Szatyn uścisnął ją, a potem to samo zrobił Zack.
Wsiedli do starego auta- Nathaniel z tyłu, kładąc obok plecak pełen "magicznych rekwizytów", a Zack z przodu, obaj odkładając uprzednio swoje walizki do bagażnika.
-Dlaczego, więc wyglądamy na Europejczyków?- zakłócił ciszę brunet.
-Oh, po prostu głośno rozmawialiście, to przez akcent.- rzucił blondyn ze wzruszeniem ramionami.
Zack pokiwał głową, przyswajając jego słowa, a Nathaniel wywrócił oczami, opierając głowę o szybę.
Zanim znaleźli się na miejscu, szatyn zdążył przysnąć. Zachary obudził go, otwierając drzwi, sprawiając, że zawisł na pasach bezpieczeństwa z szybszym biciem serca.
-Zgłupiałeś?!- zapiszczał zmienionym od snu głosem, wydostając się po chwili z pojazdu.
Grant zaprowadził ich do pokoju gościnnego, w którym "dzięki Bogu znajdowały się dwa łóżka". Mieli dwie godziny na odświeżenie się lub krótką drzemkę, a później zostali poproszeni o spotkanie się z tutejszym pastorem w pomieszczeniu jadalnym.
Ojciec Jonathan przywitał ich z szeroko rozłożonymi rękami i krzyżem na szyi. "Będzie zabawnie", pomyślał Nathaniel, rozglądając się po wnętrzu domu.
-Wyczuwam tutaj złą energię...- powiedział szeptem, przymykając oczy, powstrzymując się od śmiechu, jednak mina pastora i reszty obecnych mu w tym nie pomagała. Zack zagryzał dolną wargę, mając nadzieję, że nikt nie zwróci uwagi na jego lekko uniesione kąciki ust i rozbawienie widoczne w oczach.
-Jak to? Każdy zakamarek tego domu został dokładnie skropiony wodą święconą.- zaprotestował mężczyzna.
-Myślę, że w tym przypadku to nie wystarczy. Jest silny.- "będziecie musieli dużo zapłacić".
-Może usiądziemy, powinniście znać szczegóły.- powiedział poważnie Jonathan.
-Tak, jasne.- odezwał się tym razem Zack, ruszając w stronę wskazanej przez gospodarza kanapy.
Rozsiedli się na niej oboje, nie była duża, ale za to naprawdę wygodna.
-Zacznijmy może od pierwszego zdarzenia...- westchnął ciężko pastor. Kiwnęli równo głowami, wchodząc w grane przez siebie role.
Naprzeciw nich, Aiden i syn pastora- William, oparli się o fotel zajmowany przez Jonathana i uważnie im się przyglądali. Nie było to zbyt komfortowe, ale żaden z nich nic nie powiedział. Siedzieli pewnie pod ich czujnym spojrzeniem, nie dając nic po sobie poznać.
-Któregoś dnia na początku marca, zdarzył się pierwszy wypadek... Nikt w nim nie zginął, ponieważ był to tylko wykolejony transport węgla.- zaczął mężczyzna.
-Pamięta pan może, który dokładnie to był dzień?- zapytał Nathaniel.
-Siódmy, może ósmy?- stwierdził pastor.- To ważne?
-Chcemy odkryć powiązania z fazami księżyca i wszystkimi... zjawiskami tego typu...- wyjaśnił szybko szatyn.
-Jestem pewien, że był to siódmy marca.- powiedział William, spoglądając na ojca, jakby szukał potwierdzenia swoich słów.
-Will może mieć rację.- zgodził się po chwili pastor, a na twarzy chłopaka pojawił się nieśmiały uśmiech.
-Nasz obiekt może czerpać siłę z pełni księżyca. Zanotuj, Zack.- powiedział naukowym tonem Nathaniel, szturchając przyjaciela między żebra. Oczy Zachary'ego mówiły:" niby na czym, kurwa?", jednak William od razu przyszedł z pomocą, podając mu kartkę i znajdując w kieszeni długopis.
-Następnym razem nie było już tak kolorowo. Dwa samochody czekały przed przejazdem kolejowym i w chwili, gdy nadjeżdżał pociąg, jeden z nich został w niewyjaśniony sposób zepchany na tory. Kierowca próbował hamować, jednak to nie pomogło. Oboje- on i jego żona zginęli na miejscu.- kiedy skończył, Nathaniela przeszedł nieprzyjemny dreszcz. Wiedział, że to bujdy, a małżeństwo prawdopodobnie chciało popełnić samobójstwo, ale to i tak nie brzmiało przyjemnie.
-Proszę kontynuować...- wymamrotał tylko.
-Ostatnim razem zostały przestawione... Nie mam pojęcia jak to się nazywa... Po prostu pociąg zamiast jechać prosto, tak jak powinien, zjechał na sąsiedni tor i zderzył się z innym...
-Zapewne chodzi o zwrotnicę...- podsunął Zack.
-Tak tak, dokładnie. Zginęło trzynaście osób, pechowa liczba...- westchnął mężczyzna, łapiąc się za głowę.
-Jeszcze te dwie dziewczynki...Ana i Judy... Przechodziły akurat przez torowisko, myślę, że chciały wyjąć naszyjnik, który wpadł jednej z nich miedzy szyny, nie wiadomo jakim cudem obie się zaklinowały. Maszynista próbował zatrzymać maszynę, ale na próżno... Żadna z nich tego nie przeżyła.- dodał William, pod koniec pociągając cicho nosem.
-Zdarzały się też, jeszcze przed marcem, pęknięcia zabezpieczających przejazd rogatek(w: to te żerdzie w biało czerwone paski, downie), zrzucanie znaków, dziwne krzyki...- rzucił blondyn, którego uśmiech pobladł już dawno.
-I wilk.- rzucił cicho William, patrząc ukradkiem na czubek głowy swojego ojca.
-Przestań Will! To tylko kłamstwa tych ateistów, którzy ciągle coś biorą, nie dziwne, że widzą białe wilki!- oburzył się pastor, a William skulił się w sobie, tak, że pomimo swojego wzrostu i umięśnionego ciała, wyglądał jak zbity szczeniak.
-Przepraszam, tato.- powiedział nieśmiało, czerwieniąc się.
-Kiedy moglibyśmy obejrzeć to miejsce?- zapytał Nathaniel.
-Jutro, teraz idźcie spać, na pewno jesteście zmęczeni podróżą, a trochę się zasiedzieliśmy...- odpowiedział Jonathan, wskazując na zegar ścienny. 12:34...
Gdy tylko dotarli z powrotem do pokoju gościnnego, zrzucili szybko ubrania i bez zbędnych rozmów zasnęli.
-Zaraz zwymiotuję na twoje buty. Czy wtedy też powiesz, że nie było tak źle?- powiedział brunet, wbijając swoje ciemne jak nocne niebo tęczówki w wykrzywioną przez obrzydzenie twarz niższego chłopaka. Nathaniel tylko pokręcił przecząco głową, ruszając do przodu, w stronę szerokich, przeszklonych drzwi, ciągnąc swoją skórzaną walizkę za sobą.
Obaj zatrzymali się dopiero na zewnątrz, stając na szarym asfalcie, oświetlanym przez latarnie i księżyc.
-Jak romantycznie.- powiedział z ronią Nathaniel.
-Bardzo. Lepiej powiedz, gdzie to auto, które mieli nam podstawić.- warknął Zack, obejmując się ramionami z powodu dość chłodnego powietrza.
-Rozglądaj się za grafitowym Cadillaciem.- poradził szatyn,, stając na palcach, jakby to dużo mu dawało.
-Jakim?- na czole Zacka pojawiła się mała zmarszczka.
-To taki odcień szarego.- wyjaśnił krótko Nathaniel.
Zack tylko pokiwał głową, prawdopodobnie rozumiejąc.
Dostrzegli auto na samym końcu długiego rzędu. Obok niego stał szeroko uśmiechnięty blondyn, machając energicznie w ich kierunku.
-Zachary Martin i Nathaniel Heils?- zapytał, nie przestając rozrywania swoich policzków wielkim uśmiechem.
-Tak, to my, skąd...
-Widać, że jesteście z Europy!- wykrzyknął, a ludzie idący w stronę czekających na nich ludzi zerknęli na niego, dopatrując się oznak choroby psychicznej.
-Po czym to stwierdzasz...
-Aiden, Aiden Grant.- odpowiedział na niezadane pytanie, wyciągając w kierunku Nathaniela dłoń.
Szatyn uścisnął ją, a potem to samo zrobił Zack.
Wsiedli do starego auta- Nathaniel z tyłu, kładąc obok plecak pełen "magicznych rekwizytów", a Zack z przodu, obaj odkładając uprzednio swoje walizki do bagażnika.
-Dlaczego, więc wyglądamy na Europejczyków?- zakłócił ciszę brunet.
-Oh, po prostu głośno rozmawialiście, to przez akcent.- rzucił blondyn ze wzruszeniem ramionami.
Zack pokiwał głową, przyswajając jego słowa, a Nathaniel wywrócił oczami, opierając głowę o szybę.
Zanim znaleźli się na miejscu, szatyn zdążył przysnąć. Zachary obudził go, otwierając drzwi, sprawiając, że zawisł na pasach bezpieczeństwa z szybszym biciem serca.
-Zgłupiałeś?!- zapiszczał zmienionym od snu głosem, wydostając się po chwili z pojazdu.
Grant zaprowadził ich do pokoju gościnnego, w którym "dzięki Bogu znajdowały się dwa łóżka". Mieli dwie godziny na odświeżenie się lub krótką drzemkę, a później zostali poproszeni o spotkanie się z tutejszym pastorem w pomieszczeniu jadalnym.
Ojciec Jonathan przywitał ich z szeroko rozłożonymi rękami i krzyżem na szyi. "Będzie zabawnie", pomyślał Nathaniel, rozglądając się po wnętrzu domu.
-Wyczuwam tutaj złą energię...- powiedział szeptem, przymykając oczy, powstrzymując się od śmiechu, jednak mina pastora i reszty obecnych mu w tym nie pomagała. Zack zagryzał dolną wargę, mając nadzieję, że nikt nie zwróci uwagi na jego lekko uniesione kąciki ust i rozbawienie widoczne w oczach.
-Jak to? Każdy zakamarek tego domu został dokładnie skropiony wodą święconą.- zaprotestował mężczyzna.
-Myślę, że w tym przypadku to nie wystarczy. Jest silny.- "będziecie musieli dużo zapłacić".
-Może usiądziemy, powinniście znać szczegóły.- powiedział poważnie Jonathan.
-Tak, jasne.- odezwał się tym razem Zack, ruszając w stronę wskazanej przez gospodarza kanapy.
Rozsiedli się na niej oboje, nie była duża, ale za to naprawdę wygodna.
-Zacznijmy może od pierwszego zdarzenia...- westchnął ciężko pastor. Kiwnęli równo głowami, wchodząc w grane przez siebie role.
Naprzeciw nich, Aiden i syn pastora- William, oparli się o fotel zajmowany przez Jonathana i uważnie im się przyglądali. Nie było to zbyt komfortowe, ale żaden z nich nic nie powiedział. Siedzieli pewnie pod ich czujnym spojrzeniem, nie dając nic po sobie poznać.
-Któregoś dnia na początku marca, zdarzył się pierwszy wypadek... Nikt w nim nie zginął, ponieważ był to tylko wykolejony transport węgla.- zaczął mężczyzna.
-Pamięta pan może, który dokładnie to był dzień?- zapytał Nathaniel.
-Siódmy, może ósmy?- stwierdził pastor.- To ważne?
-Chcemy odkryć powiązania z fazami księżyca i wszystkimi... zjawiskami tego typu...- wyjaśnił szybko szatyn.
-Jestem pewien, że był to siódmy marca.- powiedział William, spoglądając na ojca, jakby szukał potwierdzenia swoich słów.
-Will może mieć rację.- zgodził się po chwili pastor, a na twarzy chłopaka pojawił się nieśmiały uśmiech.
-Nasz obiekt może czerpać siłę z pełni księżyca. Zanotuj, Zack.- powiedział naukowym tonem Nathaniel, szturchając przyjaciela między żebra. Oczy Zachary'ego mówiły:" niby na czym, kurwa?", jednak William od razu przyszedł z pomocą, podając mu kartkę i znajdując w kieszeni długopis.
-Następnym razem nie było już tak kolorowo. Dwa samochody czekały przed przejazdem kolejowym i w chwili, gdy nadjeżdżał pociąg, jeden z nich został w niewyjaśniony sposób zepchany na tory. Kierowca próbował hamować, jednak to nie pomogło. Oboje- on i jego żona zginęli na miejscu.- kiedy skończył, Nathaniela przeszedł nieprzyjemny dreszcz. Wiedział, że to bujdy, a małżeństwo prawdopodobnie chciało popełnić samobójstwo, ale to i tak nie brzmiało przyjemnie.
-Proszę kontynuować...- wymamrotał tylko.
-Ostatnim razem zostały przestawione... Nie mam pojęcia jak to się nazywa... Po prostu pociąg zamiast jechać prosto, tak jak powinien, zjechał na sąsiedni tor i zderzył się z innym...
-Zapewne chodzi o zwrotnicę...- podsunął Zack.
-Tak tak, dokładnie. Zginęło trzynaście osób, pechowa liczba...- westchnął mężczyzna, łapiąc się za głowę.
-Jeszcze te dwie dziewczynki...Ana i Judy... Przechodziły akurat przez torowisko, myślę, że chciały wyjąć naszyjnik, który wpadł jednej z nich miedzy szyny, nie wiadomo jakim cudem obie się zaklinowały. Maszynista próbował zatrzymać maszynę, ale na próżno... Żadna z nich tego nie przeżyła.- dodał William, pod koniec pociągając cicho nosem.
-Zdarzały się też, jeszcze przed marcem, pęknięcia zabezpieczających przejazd rogatek(w: to te żerdzie w biało czerwone paski, downie), zrzucanie znaków, dziwne krzyki...- rzucił blondyn, którego uśmiech pobladł już dawno.
-I wilk.- rzucił cicho William, patrząc ukradkiem na czubek głowy swojego ojca.
-Przestań Will! To tylko kłamstwa tych ateistów, którzy ciągle coś biorą, nie dziwne, że widzą białe wilki!- oburzył się pastor, a William skulił się w sobie, tak, że pomimo swojego wzrostu i umięśnionego ciała, wyglądał jak zbity szczeniak.
-Przepraszam, tato.- powiedział nieśmiało, czerwieniąc się.
-Kiedy moglibyśmy obejrzeć to miejsce?- zapytał Nathaniel.
-Jutro, teraz idźcie spać, na pewno jesteście zmęczeni podróżą, a trochę się zasiedzieliśmy...- odpowiedział Jonathan, wskazując na zegar ścienny. 12:34...
Gdy tylko dotarli z powrotem do pokoju gościnnego, zrzucili szybko ubrania i bez zbędnych rozmów zasnęli.
Rozdział 1
Nathaniel jęknął przeciągle, zwlekając swoje zaspane ciało z łóżka. Ruszył w stronę drzwi- skąd dobiegał hałas, przecierając twarz, próbując się rozbudzić. Dzwonek ponownie rozbrzmiał w jego głowie, wydobywając z szatyna kolejny, niezadowolony dźwięk.
Odblokował zamek i pchnął drewno otwartą dłonią, od razu piorunując niechcianego gościa wzrokiem.
-Polecony do Zachary'ego Martina.
-To ja.- burknął od niechcenia, wyciągając rękę po długopis.- Ktokolwiek jeszcze wysyła listy...- prychnął, podpisując mozolnie w odpowiednim miejscu.
-Jak widać. Inaczej nie miałbym pracy.- stwierdził listonosz inteligentnie i podał śnieżnobiałą kopertę mężczyźnie.
Nathaniel zabrał papier i zatrzasnął drzwi bez słowa.
-Zack, list do ciebie!- krzyknął najgłośniej jak umiał, kierując się w stronę pokoju ciemnowłosego.
-Zamknij się, jest noc...- warknął Zachary, naciągając poduszkę na głowę, gdy szatyn tylko przekroczył próg.
-No to otworzę sam.- zdecydował Nathaniel, szarpiąc za róg koperty.
-I tak byś to zrobił.
-Racja.- uśmiechnął się, wyjmując starannie zapisaną kartkę.- Swoją drogą, nie mam pojęcia, czemu wszyscy piszą do ciebie, przecież jesteś tylko gościem od zaklęć.- westchnął dramatycznie, zaczynając czytać.
-Co ty pieprzysz?- Zack uniósł głowę, odrzucając poduszkę na bok.
-Mamy zlecenie, Zee, w samym San Antonio.- wyszczerzył się głupio w stronę przyjaciela, podchodząc do jego łóżka.
-Przecież to w USA.- zmarszczył brwi brunet, obserwując jak Nathaniel siada obok jego nóg.
-Z tego co wiem, twój tyłek nie jest przyklejony do tego materaca.- rzucił chłopak, wciskając kartkę przed nos przyjaciela.
-Ale przecież to...
-Za oceanem, tak. Ale nie możesz wiecznie bać się latać.- westchnął, wywracając oczami.
-Przecież nawet lekarz powiedział, że powinienem tego unikać.- przypomniał Zack, podnosząc się do pozycji siedzącej i wyrywając list z dłoni niższego.
-Co on wie.- prychnął szatyn, opadając na białą pościel.
-Zejdź, jesteś brudny.
-Dopiero wstałem z łóżka, geniuszu.
-No właśnie, nawet nie chcę wiedzieć co robiłeś w nocy.- pokręcił głową, czytając zawzięcie.
-Spałem, ty dupku.- zaśmiał się Nath, popychając ramię bruneta.
-Oni naprawdę chcą zapłacić "tyle ile zechcesz, po prostu pozbądź się tych potworów"?- zapytał Zack, gdy skończył lustrować papier wzrokiem.
-Wiesz, może nie chcą zginąć pod kołami pociągu, bo jakieś duchy mszczą się nie wiadomo za co...- wzruszył ramionami szatyn.
-Przecież duchy nie istnieją! Oni naprawdę w to wierzą?- westchnął ciemnowłosy, patrząc na przyjaciela.
-My to wiemy, oni nie. Odwalimy znowu jakąś szopkę, dostaniemy pieniądze i wrócimy do domu.- oznajmił Nathaniel.
-A moglibyśmy przy okazji odwiedzić Los Angeles, jeśli już tam będziemy?- rzucił z nadzieją.
-Jasne.- zaśmiał się szatyn, wgniatając wyższego w materac.
Odblokował zamek i pchnął drewno otwartą dłonią, od razu piorunując niechcianego gościa wzrokiem.
-Polecony do Zachary'ego Martina.
-To ja.- burknął od niechcenia, wyciągając rękę po długopis.- Ktokolwiek jeszcze wysyła listy...- prychnął, podpisując mozolnie w odpowiednim miejscu.
-Jak widać. Inaczej nie miałbym pracy.- stwierdził listonosz inteligentnie i podał śnieżnobiałą kopertę mężczyźnie.
Nathaniel zabrał papier i zatrzasnął drzwi bez słowa.
-Zack, list do ciebie!- krzyknął najgłośniej jak umiał, kierując się w stronę pokoju ciemnowłosego.
-Zamknij się, jest noc...- warknął Zachary, naciągając poduszkę na głowę, gdy szatyn tylko przekroczył próg.
-No to otworzę sam.- zdecydował Nathaniel, szarpiąc za róg koperty.
-I tak byś to zrobił.
-Racja.- uśmiechnął się, wyjmując starannie zapisaną kartkę.- Swoją drogą, nie mam pojęcia, czemu wszyscy piszą do ciebie, przecież jesteś tylko gościem od zaklęć.- westchnął dramatycznie, zaczynając czytać.
-Co ty pieprzysz?- Zack uniósł głowę, odrzucając poduszkę na bok.
-Mamy zlecenie, Zee, w samym San Antonio.- wyszczerzył się głupio w stronę przyjaciela, podchodząc do jego łóżka.
-Przecież to w USA.- zmarszczył brwi brunet, obserwując jak Nathaniel siada obok jego nóg.
-Z tego co wiem, twój tyłek nie jest przyklejony do tego materaca.- rzucił chłopak, wciskając kartkę przed nos przyjaciela.
-Ale przecież to...
-Za oceanem, tak. Ale nie możesz wiecznie bać się latać.- westchnął, wywracając oczami.
-Przecież nawet lekarz powiedział, że powinienem tego unikać.- przypomniał Zack, podnosząc się do pozycji siedzącej i wyrywając list z dłoni niższego.
-Co on wie.- prychnął szatyn, opadając na białą pościel.
-Zejdź, jesteś brudny.
-Dopiero wstałem z łóżka, geniuszu.
-No właśnie, nawet nie chcę wiedzieć co robiłeś w nocy.- pokręcił głową, czytając zawzięcie.
-Spałem, ty dupku.- zaśmiał się Nath, popychając ramię bruneta.
-Oni naprawdę chcą zapłacić "tyle ile zechcesz, po prostu pozbądź się tych potworów"?- zapytał Zack, gdy skończył lustrować papier wzrokiem.
-Wiesz, może nie chcą zginąć pod kołami pociągu, bo jakieś duchy mszczą się nie wiadomo za co...- wzruszył ramionami szatyn.
-Przecież duchy nie istnieją! Oni naprawdę w to wierzą?- westchnął ciemnowłosy, patrząc na przyjaciela.
-My to wiemy, oni nie. Odwalimy znowu jakąś szopkę, dostaniemy pieniądze i wrócimy do domu.- oznajmił Nathaniel.
-A moglibyśmy przy okazji odwiedzić Los Angeles, jeśli już tam będziemy?- rzucił z nadzieją.
-Jasne.- zaśmiał się szatyn, wgniatając wyższego w materac.
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)