-Chcesz powiedzieć, że krzyczałem nie swoim głosem?- rzucił z niedowierzaniem Nathaniel. Zack pokiwał głową bez słowa i wlepił wzrok w podłogę.- I mówisz mi o tym dopiero teraz?!- zapytał podniesionym głosem.
-Nath, możemy iść już spać? Jestem zmęczony...- westchnął, przesuwając palcami we włosach.
-Nie ma opcji żebym teraz zasnął!- oczy szatyna rozszerzyły się w panice, że Zack mógłby zasnąć i zostawić go samego...
-Chcesz spać ze mną?- zapytał Zack sennym głosem. Nath nic nie mówiąc, wstał ze swojego łóżka i ruszył do przyjaciela.- Auu!- jęknął brunet, kiedy łokieć Natha wylądował między jego żebrami.
-Sorki, Zee.- powiedział, cmokając go w skroń, układając się przy jego plecach. Tamten westchnął tylko bezsilnie.
-Wiesz, że nie pozwolę cię skrzywdzić, prawda?- zapytał Zack, a w odpowiedzi dostał mocniejsze ściśnięcie jego talii.
Nathaniel cieszył się, że ma takiego dobrego przyjaciela. Nie miał oprócz niego nikogo. Trafił do domu dziecka, kiedy był dzieckiem, bo jego rodzice zginęli w wypadku. Poznał bruneta w szkole, jeszcze kiedy James i Natalie żyli, i odtąd byli nierozłączni.
-Cieszę się, że cię mam.- wyszeptał mu na ucho, ucinając swoje rozmyślania, żeby nie zacząć płakać.
-Może... Po prostu wróćmy do Newcastle?- spróbował Zack ponownie.
-Musimy pomóc tym ludziom.- powiedział Nathaniel, tuląc twarz w ciemnych kosmykach przyjaciela, które pachniały jak trawa cytrynowa, tytoń i sam Zack.
-Jeśli tak bardzo ci na tym zależy...- szepnął szarooki, przyciskając się bliżej szatyna.
-Nie mogę wyrzucić tego głosu z głowy.- westchnął cicho.- I płaczu... Czemu płacze?- skrzywił się.
-Moja babcia mówiła kiedyś, że jeśli człowiek odejdzie zbyt szybko i nie zdąży załatwić swoich spraw, to włóczy się po ziemi, aż to zrobi. Stanie się wolny dopiero, gdy nie będzie go już nic tutaj trzymało.- powiedział Zack, gładząc dłoń, którą Nath ściskał jego żebra.
-Więc musimy pomóc także jemu.- stwierdził szatyn, po czym odpłynął w sen.
-Świeczki, tablica i biała kreda, zapalniczka...- wyliczał Zack, podając przedmioty do wyciągniętych po nie rąk Natha.
-Chodźmy.- jęknął szatyn pod ciężarem drewna i sześciu woskowych prostopadłościanów.
Zeszli na dół po starych schodach, kierując się do salonu, gdzie czekali już William, Aiden i pani Rosner.
-Will, zasłoń okna, proszę.- rzucił Zack, uśmiechając się do ciemnego blondyna. Czekoladowe tęczówki syna pastora zalśniły w podekscytowaniu lub czymś innym, kiedy zaciągnął czerwono-brązowe zasłony.
-Zgasić światło?- zapytała Janey, wyciągając palce do włącznika .
-Tak.- odpowiedział szybko Nathaniel, układając świece w równy sześcian.
-Myślisz, że to podziała, skoro cały dom jest poświęcony?- spytała zaniepokojona, patrząc niepewnie na szatyna.
-Ten duch jest naprawdę silny, jeśli przesuwa samochody...- westchnął, nie wspominając, że opętał on jego umysł kilka nocy temu.
Nathaniel w rzeczywistości wiedział bardzo dużo o duchach. Czytał o nich, by być bardziej wiarygodnym, jednak nie wierzył w te wszystkie teorie. Wszystko zmieniło się, gdy zrozumiał, że życie po śmierci może istnieć, wtedy przeczytane artykuły wydawały się bardziej wiarygodne.
-Niech każdy usiądzie przy jednej ze świec i zapali ją.- poprosił Nathaniel, otrzymując zapalniczkę od Zacka, który już wykonał jego polecenie.
Kiedy wokół znajdowało się już pięć płomyków, Nathaniel wyprostował i odetchnął, zamykając oczy. Pozostali zrobili to samo.
-Duchu, którego głos słyszeliśmy na przejeździe kolejowym, przybądź proszę.- powiedział głośno.
Drewniana tabliczka leżąca na środku zadrżała delikatnie.
-Nie lękaj się, porozmawiaj ze mną.- poprosił. Otworzył oczy, kiedy coś uderzyło mocno w drzwi, sprawiając, że się zatrzasnęły, a wszystkie świece zgasły.
Można było usłyszeć przyśpieszonye oddechy wszystkich obecnych. Nathaniel jeszcze raz powtórzył w myślach przywołanie, a nie zapalona wcześniej przez nikogo świeca, zasłynęła złotym płomieniem.
Nabrał gwałtownie powietrza, nie wierząc w to co się dzieje.
-Chcesz ze mną porozmawiać?- zapytał. Mały kawałek kredy przesunął się po tablicy, wydając nieprzyjemny dźwięk.
Przełknął ciężko ślinę, czytając proste "tak", które pojawiło się na środku.
-O cholera.- wyrwało się Aidenowi.
-Czy ty zabiłeś tych ludzi?- zapytał, bojąc się, że może to za szybko. Poprzedni napis zniknął z ciemnej powierzchni, a w zamian pojawiło się "musiałem".
-D-dlaczego?- zająknął się Nath.
-Pomóż mi.- wyszeptało coś ledwo slyszalnie, a Janey powstrzymywała się od krzyku.
Serce szatyna natychmiast przyśpieszyło, tak, że można było usłyszeć jego bicie, siedząc obok.
-Jak się nazywasz?- rzucił szybko, przypominając sobie, że nie zrobił tego na początku.
Tym razem nikt się nie odezwał, za to kreda poruszyła się niespokojnie.
Nathaniel nachylił się, by już zacząć czytać, kiedy ta szczególna świeca nagle zgasła, a pomieszczenie pogrążyło się w ciemności.
Nim zdążył się odsunąć, do pomieszczenia ktoś wszedł i zapalił światło.
Przy włącznik stał pastor, marszcząc brwi. Jednak zaraz po tym wyszedł bez słowa.
-Alexa.- przeczytał wreszcie Nath, ignorując wtargnięcie Jonathana.- A dalej jest rozmazane.
-Nie mamy jej nazwiska.- westchnął Zack.
-Możemy sprawdzić w ratuszu, czy ktoś o tym imieniu zginął na torach.- zaproponował William.
Pokiwali głowami z powagą.
-Ostra z niej laska.- rzucił Aiden, przerywając ciążącą ciszę i sprawiając, że zaczęli się śmiać.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz