Nathaniel jęknął przeciągle, zwlekając swoje zaspane ciało z łóżka. Ruszył w stronę drzwi- skąd dobiegał hałas, przecierając twarz, próbując się rozbudzić. Dzwonek ponownie rozbrzmiał w jego głowie, wydobywając z szatyna kolejny, niezadowolony dźwięk.
Odblokował zamek i pchnął drewno otwartą dłonią, od razu piorunując niechcianego gościa wzrokiem.
-Polecony do Zachary'ego Martina.
-To ja.- burknął od niechcenia, wyciągając rękę po długopis.- Ktokolwiek jeszcze wysyła listy...- prychnął, podpisując mozolnie w odpowiednim miejscu.
-Jak widać. Inaczej nie miałbym pracy.- stwierdził listonosz inteligentnie i podał śnieżnobiałą kopertę mężczyźnie.
Nathaniel zabrał papier i zatrzasnął drzwi bez słowa.
-Zack, list do ciebie!- krzyknął najgłośniej jak umiał, kierując się w stronę pokoju ciemnowłosego.
-Zamknij się, jest noc...- warknął Zachary, naciągając poduszkę na głowę, gdy szatyn tylko przekroczył próg.
-No to otworzę sam.- zdecydował Nathaniel, szarpiąc za róg koperty.
-I tak byś to zrobił.
-Racja.- uśmiechnął się, wyjmując starannie zapisaną kartkę.- Swoją drogą, nie mam pojęcia, czemu wszyscy piszą do ciebie, przecież jesteś tylko gościem od zaklęć.- westchnął dramatycznie, zaczynając czytać.
-Co ty pieprzysz?- Zack uniósł głowę, odrzucając poduszkę na bok.
-Mamy zlecenie, Zee, w samym San Antonio.- wyszczerzył się głupio w stronę przyjaciela, podchodząc do jego łóżka.
-Przecież to w USA.- zmarszczył brwi brunet, obserwując jak Nathaniel siada obok jego nóg.
-Z tego co wiem, twój tyłek nie jest przyklejony do tego materaca.- rzucił chłopak, wciskając kartkę przed nos przyjaciela.
-Ale przecież to...
-Za oceanem, tak. Ale nie możesz wiecznie bać się latać.- westchnął, wywracając oczami.
-Przecież nawet lekarz powiedział, że powinienem tego unikać.- przypomniał Zack, podnosząc się do pozycji siedzącej i wyrywając list z dłoni niższego.
-Co on wie.- prychnął szatyn, opadając na białą pościel.
-Zejdź, jesteś brudny.
-Dopiero wstałem z łóżka, geniuszu.
-No właśnie, nawet nie chcę wiedzieć co robiłeś w nocy.- pokręcił głową, czytając zawzięcie.
-Spałem, ty dupku.- zaśmiał się Nath, popychając ramię bruneta.
-Oni naprawdę chcą zapłacić "tyle ile zechcesz, po prostu pozbądź się tych potworów"?- zapytał Zack, gdy skończył lustrować papier wzrokiem.
-Wiesz, może nie chcą zginąć pod kołami pociągu, bo jakieś duchy mszczą się nie wiadomo za co...- wzruszył ramionami szatyn.
-Przecież duchy nie istnieją! Oni naprawdę w to wierzą?- westchnął ciemnowłosy, patrząc na przyjaciela.
-My to wiemy, oni nie. Odwalimy znowu jakąś szopkę, dostaniemy pieniądze i wrócimy do domu.- oznajmił Nathaniel.
-A moglibyśmy przy okazji odwiedzić Los Angeles, jeśli już tam będziemy?- rzucił z nadzieją.
-Jasne.- zaśmiał się szatyn, wgniatając wyższego w materac.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz