Następnego ranka spotkali się z rodziną Rosnerów na wspólnym śniadaniu, gdzie poznali żonę pastora Jonathana- Janey.
-Jak wam się spało, chłopcy?- zapytała jasnowłosa kobieta, kiedy zasiedli już wszyscy przy stole.
-W porządku, tylko to wycie wilków było uciążliwe, nie jesteśmy przyzwyczajeni...- odparł z uprzejmym uśmiechem Nathaniel.
-Wilków? U nas nie ma wilków...- powiedziała Janey zmieszana.
-Może to po prostu dzikie psy.- rzucił szybko pastor.
-Możliwe, nie znam się zbytnio na zwierzętach.- Nath uśmiechnął się ponownie, sięgając po kromkę chleba.
Zack posłał mu pytające spojrzenie z miejsca obok, marszcząc ciemne brwi. Szatyn zerknął tylko w szare tęczówki przyjaciela, uśmiechając się chytrze. Położył pod stołem dłoń na jego kolanie i poklepał uspokajająco.
-William zaprowadzi was dzisiaj na miejsce tego... zjawiska.- oznajmił Jonathan, kiedy skończyli jeść śniadanie. Janey zaczęła zbierać naczynia i chłopcy zaoferowali jej pomoc, ale ta tylko pokręciła głową z uśmiechem, i wygoniła ich z kuchni.
Aiden miał zjawić się za kilka minut, więc wrócili do pokoju gościnnego, by zabrać kilka dziwnie wyglądających przedmiotów i ustalić plan działania.
Na koniec Zack zapytał jeszcze:
-O co chodziło z tymi wilkami? Ja niczego nie słyszałem...
-Ja też nie.
-To dlaczego.. Oh, rozumiem.- pokręcił głową, prychając z uśmiechem.
-Sprawdziłem wcześniej.- mówił dalej Nathaniel, kontynuując pakowanie potrzebnych rzeczy.- Tutaj żyją tylko kojoty, a ich wycia nie można pomylić z wilczym. Dzikie psy są odstrzeliwane. Teraz chyba masz jasność.- puścił mu oczko, zapinając torbę.
-Tylko nie przesadź, bo zwariują ze strachu tak jak Johnsonowie.- zaśmiał się dźwięcznie brunet.
-Nigdy więcej hologramów.- rzucił Nathaniel, otwierając szerzej oczy.
-Taa.
Zeszli na dół, kiedy Aiden zatrąbił klaksonem, za co William ochrzaniał go całą drogę na miejsce paranormalnych zdarzeń.
-Po co wam to wszystko?- zapytał blondyn, zamykając auto na klucz, po tym jak zaparkował kilkanaście metrów od przejazdu kolejowego.
-Takie tam magiczne pierdoły.- zaśmiał się Nathaniel.
-I to naprawdę działa?- dopytywał z ciekawością Aiden.
-Mhm.- kiwnął mu szatyn, zagryzając dolną wargę z nerwów.
Ludzie w ich wieku przeważnie nie wierzyli w ten cały cyrk, który odstawiali przed starszymi, przesądnymi klientami. Nathaniel tłumił wyrzuty sumienia za wciskanie takiego kitu ludziom, ale z czegoś musiał żyć, a to piękne ciało nie zostało stworzone do pracy.
-Dobrze, co my tu mamy?- Nathaniel puścił torbę, a ona uderzyła miękko o uklepany piasek. Ruszył do przodu, oglądając dokładnie miejsce, zamykając oczy co jakiś czas. Zack wyjął ze swojego plecaka kawałek drewna, który kiedyś wygięli w dziwny sposób i wbił w ziemię, obserwując jego położenie pod różnym kątem.
Po kilku minutach spacerowania wte i wewte zatrzymali się, spoglądając na siebie.
-Musimy wrócić tutaj jutro. Duchy nie są chętne do kontaktu z obcymi dzisiaj.- westchnął z udawanym żalem Nathaniel. Zack potwierdził szybko jego słowa i skierował się do drewna wbitego w ziemię. Wyjął je i upuścił na ziemię, kiedy Nath do niego podszedł. Razem zapakowali wszystkie przyrządy do torby i plecaka, a później z rozczarowaniem wrócili do samochodu Aidena.
-Nic nie powiedziały?- zapytał William, kiedy jechali w drogę powrotną.
-Niestety.
-Może powinniśmy wrócić tutaj w nocy...- zaproponował Zack, patrząc na przyjaciela pytająco.
-Jeśli jest taka możliwość.- Nathaniel odwrócił się do Williama, czekając na jego aprobatę.
-Tak, myślę, że możemy to zrobić.
Coraz ciekawiej :3
OdpowiedzUsuń