-No i jesteśmy!- rzucił wesoło Nathaniel, klepiąc swojego przyjaciela po plecach.- Nie było tak źle, prawda?- uśmiechnął w stronę Zacka, którego twarz wyrażała jawny sprzeciw.
-Zaraz zwymiotuję na twoje buty. Czy wtedy też powiesz, że nie było tak źle?- powiedział brunet, wbijając swoje ciemne jak nocne niebo tęczówki w wykrzywioną przez obrzydzenie twarz niższego chłopaka. Nathaniel tylko pokręcił przecząco głową, ruszając do przodu, w stronę szerokich, przeszklonych drzwi, ciągnąc swoją skórzaną walizkę za sobą.
Obaj zatrzymali się dopiero na zewnątrz, stając na szarym asfalcie, oświetlanym przez latarnie i księżyc.
-Jak romantycznie.- powiedział z ronią Nathaniel.
-Bardzo. Lepiej powiedz, gdzie to auto, które mieli nam podstawić.- warknął Zack, obejmując się ramionami z powodu dość chłodnego powietrza.
-Rozglądaj się za grafitowym Cadillaciem.- poradził szatyn,, stając na palcach, jakby to dużo mu dawało.
-Jakim?- na czole Zacka pojawiła się mała zmarszczka.
-To taki odcień szarego.- wyjaśnił krótko Nathaniel.
Zack tylko pokiwał głową, prawdopodobnie rozumiejąc.
Dostrzegli auto na samym końcu długiego rzędu. Obok niego stał szeroko uśmiechnięty blondyn, machając energicznie w ich kierunku.
-Zachary Martin i Nathaniel Heils?- zapytał, nie przestając rozrywania swoich policzków wielkim uśmiechem.
-Tak, to my, skąd...
-Widać, że jesteście z Europy!- wykrzyknął, a ludzie idący w stronę czekających na nich ludzi zerknęli na niego, dopatrując się oznak choroby psychicznej.
-Po czym to stwierdzasz...
-Aiden, Aiden Grant.- odpowiedział na niezadane pytanie, wyciągając w kierunku Nathaniela dłoń.
Szatyn uścisnął ją, a potem to samo zrobił Zack.
Wsiedli do starego auta- Nathaniel z tyłu, kładąc obok plecak pełen "magicznych rekwizytów", a Zack z przodu, obaj odkładając uprzednio swoje walizki do bagażnika.
-Dlaczego, więc wyglądamy na Europejczyków?- zakłócił ciszę brunet.
-Oh, po prostu głośno rozmawialiście, to przez akcent.- rzucił blondyn ze wzruszeniem ramionami.
Zack pokiwał głową, przyswajając jego słowa, a Nathaniel wywrócił oczami, opierając głowę o szybę.
Zanim znaleźli się na miejscu, szatyn zdążył przysnąć. Zachary obudził go, otwierając drzwi, sprawiając, że zawisł na pasach bezpieczeństwa z szybszym biciem serca.
-Zgłupiałeś?!- zapiszczał zmienionym od snu głosem, wydostając się po chwili z pojazdu.
Grant zaprowadził ich do pokoju gościnnego, w którym "dzięki Bogu znajdowały się dwa łóżka". Mieli dwie godziny na odświeżenie się lub krótką drzemkę, a później zostali poproszeni o spotkanie się z tutejszym pastorem w pomieszczeniu jadalnym.
Ojciec Jonathan przywitał ich z szeroko rozłożonymi rękami i krzyżem na szyi. "Będzie zabawnie", pomyślał Nathaniel, rozglądając się po wnętrzu domu.
-Wyczuwam tutaj złą energię...- powiedział szeptem, przymykając oczy, powstrzymując się od śmiechu, jednak mina pastora i reszty obecnych mu w tym nie pomagała. Zack zagryzał dolną wargę, mając nadzieję, że nikt nie zwróci uwagi na jego lekko uniesione kąciki ust i rozbawienie widoczne w oczach.
-Jak to? Każdy zakamarek tego domu został dokładnie skropiony wodą święconą.- zaprotestował mężczyzna.
-Myślę, że w tym przypadku to nie wystarczy. Jest silny.- "będziecie musieli dużo zapłacić".
-Może usiądziemy, powinniście znać szczegóły.- powiedział poważnie Jonathan.
-Tak, jasne.- odezwał się tym razem Zack, ruszając w stronę wskazanej przez gospodarza kanapy.
Rozsiedli się na niej oboje, nie była duża, ale za to naprawdę wygodna.
-Zacznijmy może od pierwszego zdarzenia...- westchnął ciężko pastor. Kiwnęli równo głowami, wchodząc w grane przez siebie role.
Naprzeciw nich, Aiden i syn pastora- William, oparli się o fotel zajmowany przez Jonathana i uważnie im się przyglądali. Nie było to zbyt komfortowe, ale żaden z nich nic nie powiedział. Siedzieli pewnie pod ich czujnym spojrzeniem, nie dając nic po sobie poznać.
-Któregoś dnia na początku marca, zdarzył się pierwszy wypadek... Nikt w nim nie zginął, ponieważ był to tylko wykolejony transport węgla.- zaczął mężczyzna.
-Pamięta pan może, który dokładnie to był dzień?- zapytał Nathaniel.
-Siódmy, może ósmy?- stwierdził pastor.- To ważne?
-Chcemy odkryć powiązania z fazami księżyca i wszystkimi... zjawiskami tego typu...- wyjaśnił szybko szatyn.
-Jestem pewien, że był to siódmy marca.- powiedział William, spoglądając na ojca, jakby szukał potwierdzenia swoich słów.
-Will może mieć rację.- zgodził się po chwili pastor, a na twarzy chłopaka pojawił się nieśmiały uśmiech.
-Nasz obiekt może czerpać siłę z pełni księżyca. Zanotuj, Zack.- powiedział naukowym tonem Nathaniel, szturchając przyjaciela między żebra. Oczy Zachary'ego mówiły:" niby na czym, kurwa?", jednak William od razu przyszedł z pomocą, podając mu kartkę i znajdując w kieszeni długopis.
-Następnym razem nie było już tak kolorowo. Dwa samochody czekały przed przejazdem kolejowym i w chwili, gdy nadjeżdżał pociąg, jeden z nich został w niewyjaśniony sposób zepchany na tory. Kierowca próbował hamować, jednak to nie pomogło. Oboje- on i jego żona zginęli na miejscu.- kiedy skończył, Nathaniela przeszedł nieprzyjemny dreszcz. Wiedział, że to bujdy, a małżeństwo prawdopodobnie chciało popełnić samobójstwo, ale to i tak nie brzmiało przyjemnie.
-Proszę kontynuować...- wymamrotał tylko.
-Ostatnim razem zostały przestawione... Nie mam pojęcia jak to się nazywa... Po prostu pociąg zamiast jechać prosto, tak jak powinien, zjechał na sąsiedni tor i zderzył się z innym...
-Zapewne chodzi o zwrotnicę...- podsunął Zack.
-Tak tak, dokładnie. Zginęło trzynaście osób, pechowa liczba...- westchnął mężczyzna, łapiąc się za głowę.
-Jeszcze te dwie dziewczynki...Ana i Judy... Przechodziły akurat przez torowisko, myślę, że chciały wyjąć naszyjnik, który wpadł jednej z nich miedzy szyny, nie wiadomo jakim cudem obie się zaklinowały. Maszynista próbował zatrzymać maszynę, ale na próżno... Żadna z nich tego nie przeżyła.- dodał William, pod koniec pociągając cicho nosem.
-Zdarzały się też, jeszcze przed marcem, pęknięcia zabezpieczających przejazd rogatek(w: to te żerdzie w biało czerwone paski, downie), zrzucanie znaków, dziwne krzyki...- rzucił blondyn, którego uśmiech pobladł już dawno.
-I wilk.- rzucił cicho William, patrząc ukradkiem na czubek głowy swojego ojca.
-Przestań Will! To tylko kłamstwa tych ateistów, którzy ciągle coś biorą, nie dziwne, że widzą białe wilki!- oburzył się pastor, a William skulił się w sobie, tak, że pomimo swojego wzrostu i umięśnionego ciała, wyglądał jak zbity szczeniak.
-Przepraszam, tato.- powiedział nieśmiało, czerwieniąc się.
-Kiedy moglibyśmy obejrzeć to miejsce?- zapytał Nathaniel.
-Jutro, teraz idźcie spać, na pewno jesteście zmęczeni podróżą, a trochę się zasiedzieliśmy...- odpowiedział Jonathan, wskazując na zegar ścienny. 12:34...
Gdy tylko dotarli z powrotem do pokoju gościnnego, zrzucili szybko ubrania i bez zbędnych rozmów zasnęli.
Naprawdę ciekawe :3 I te ich dogryzanie sobie nawzajem xdd
OdpowiedzUsuń