poniedziałek, 29 czerwca 2015

Rozdział 3

Następnego ranka spotkali się z rodziną Rosnerów na wspólnym śniadaniu, gdzie poznali żonę pastora Jonathana- Janey.
-Jak wam się spało, chłopcy?- zapytała jasnowłosa kobieta, kiedy zasiedli już wszyscy przy stole.
-W porządku, tylko to wycie wilków było uciążliwe, nie jesteśmy przyzwyczajeni...- odparł z uprzejmym uśmiechem Nathaniel.
-Wilków? U nas nie ma wilków...- powiedziała Janey zmieszana.
-Może to po prostu dzikie psy.- rzucił szybko pastor.
-Możliwe, nie znam się zbytnio na zwierzętach.- Nath uśmiechnął się ponownie, sięgając po kromkę chleba.
Zack posłał mu pytające spojrzenie z miejsca obok, marszcząc ciemne brwi. Szatyn zerknął tylko w szare tęczówki przyjaciela, uśmiechając się chytrze. Położył pod stołem dłoń na jego kolanie i poklepał uspokajająco.
-William zaprowadzi was dzisiaj na miejsce tego... zjawiska.- oznajmił Jonathan, kiedy skończyli jeść śniadanie. Janey zaczęła zbierać naczynia i chłopcy zaoferowali jej pomoc, ale ta tylko pokręciła głową z uśmiechem, i wygoniła ich z kuchni.
Aiden miał zjawić się za kilka minut, więc wrócili do pokoju gościnnego, by zabrać kilka dziwnie wyglądających przedmiotów i ustalić plan działania.
Na koniec Zack zapytał jeszcze:
-O co chodziło z tymi wilkami? Ja niczego nie słyszałem...
-Ja też nie.
-To dlaczego.. Oh, rozumiem.- pokręcił głową, prychając z uśmiechem.
-Sprawdziłem wcześniej.- mówił dalej Nathaniel, kontynuując pakowanie potrzebnych rzeczy.- Tutaj żyją tylko kojoty, a ich wycia nie można pomylić z wilczym. Dzikie psy są odstrzeliwane. Teraz chyba masz jasność.- puścił mu oczko, zapinając torbę.
-Tylko nie przesadź, bo zwariują ze strachu tak jak Johnsonowie.- zaśmiał się dźwięcznie brunet.
-Nigdy więcej hologramów.- rzucił Nathaniel, otwierając szerzej oczy.
-Taa.
Zeszli na dół, kiedy Aiden zatrąbił klaksonem, za co William ochrzaniał go całą drogę na miejsce paranormalnych zdarzeń.
-Po co wam to wszystko?- zapytał blondyn, zamykając auto na klucz, po tym jak zaparkował kilkanaście metrów od przejazdu kolejowego.
-Takie tam magiczne pierdoły.- zaśmiał się Nathaniel.
-I to naprawdę działa?- dopytywał z ciekawością Aiden.
-Mhm.- kiwnął mu szatyn, zagryzając dolną wargę z nerwów.
Ludzie w ich wieku przeważnie nie wierzyli w ten cały cyrk, który odstawiali przed starszymi, przesądnymi klientami. Nathaniel tłumił wyrzuty sumienia za wciskanie takiego kitu ludziom, ale z czegoś musiał żyć, a to piękne ciało nie zostało stworzone do pracy.
-Dobrze, co my tu mamy?- Nathaniel puścił torbę, a ona uderzyła miękko o uklepany piasek. Ruszył do przodu, oglądając dokładnie miejsce, zamykając oczy co jakiś czas. Zack wyjął ze swojego plecaka kawałek drewna, który kiedyś wygięli w dziwny sposób i wbił w ziemię, obserwując jego położenie pod różnym kątem.
Po kilku minutach spacerowania wte i wewte zatrzymali się, spoglądając na siebie.
-Musimy wrócić tutaj jutro. Duchy nie są chętne do kontaktu z obcymi dzisiaj.- westchnął z udawanym żalem Nathaniel. Zack potwierdził szybko jego słowa i skierował się do drewna wbitego w ziemię. Wyjął je i upuścił na ziemię, kiedy Nath do niego podszedł. Razem zapakowali wszystkie przyrządy do torby i plecaka, a później z rozczarowaniem wrócili do samochodu Aidena.
-Nic nie powiedziały?- zapytał William, kiedy jechali w drogę powrotną.
-Niestety.
-Może powinniśmy wrócić tutaj w nocy...- zaproponował Zack, patrząc na przyjaciela pytająco.
-Jeśli jest taka możliwość.- Nathaniel odwrócił się do Williama, czekając na jego aprobatę.
-Tak, myślę, że możemy to zrobić.

sobota, 20 czerwca 2015

Rozdział 2

-No i jesteśmy!- rzucił wesoło Nathaniel, klepiąc swojego przyjaciela po plecach.- Nie było tak źle, prawda?- uśmiechnął w stronę Zacka, którego twarz wyrażała jawny sprzeciw.
-Zaraz zwymiotuję na twoje buty. Czy wtedy też powiesz, że nie było tak źle?- powiedział brunet, wbijając swoje ciemne jak nocne niebo tęczówki w wykrzywioną przez obrzydzenie twarz niższego chłopaka. Nathaniel tylko pokręcił przecząco głową, ruszając do przodu, w stronę szerokich, przeszklonych drzwi, ciągnąc swoją skórzaną walizkę za sobą.
Obaj zatrzymali się dopiero na zewnątrz, stając na szarym asfalcie, oświetlanym przez latarnie i księżyc.
-Jak romantycznie.- powiedział z ronią Nathaniel.
-Bardzo. Lepiej powiedz, gdzie to auto, które mieli nam podstawić.- warknął Zack, obejmując się ramionami z powodu dość chłodnego powietrza.
-Rozglądaj się za grafitowym Cadillaciem.- poradził szatyn,, stając na palcach, jakby to dużo mu dawało.
-Jakim?- na czole Zacka pojawiła się mała zmarszczka.
-To taki odcień szarego.- wyjaśnił krótko Nathaniel.
Zack tylko pokiwał głową, prawdopodobnie rozumiejąc.
Dostrzegli auto na samym końcu długiego rzędu. Obok niego stał szeroko uśmiechnięty blondyn, machając energicznie w ich kierunku.
-Zachary Martin i Nathaniel Heils?- zapytał, nie przestając rozrywania swoich policzków wielkim uśmiechem.
-Tak, to my, skąd...
-Widać, że jesteście z Europy!- wykrzyknął, a ludzie idący w stronę czekających na nich ludzi zerknęli na niego, dopatrując się oznak choroby psychicznej.
-Po czym to stwierdzasz...
-Aiden, Aiden Grant.- odpowiedział na niezadane pytanie, wyciągając w kierunku Nathaniela dłoń.
Szatyn uścisnął ją, a potem to samo zrobił Zack.
Wsiedli do starego auta- Nathaniel z tyłu, kładąc obok plecak pełen "magicznych rekwizytów", a Zack z przodu, obaj odkładając uprzednio swoje walizki do bagażnika.
-Dlaczego, więc wyglądamy na Europejczyków?- zakłócił ciszę brunet.
-Oh, po prostu głośno rozmawialiście, to przez akcent.- rzucił blondyn ze wzruszeniem ramionami.
Zack pokiwał głową, przyswajając jego słowa, a Nathaniel wywrócił oczami, opierając głowę o szybę.
Zanim znaleźli się na miejscu, szatyn zdążył przysnąć. Zachary obudził go, otwierając drzwi, sprawiając, że zawisł na pasach bezpieczeństwa z szybszym biciem serca.
-Zgłupiałeś?!- zapiszczał zmienionym od snu głosem, wydostając się po chwili z pojazdu.
Grant zaprowadził ich do pokoju gościnnego, w którym "dzięki Bogu znajdowały się dwa łóżka". Mieli dwie godziny na odświeżenie się lub krótką drzemkę, a później zostali poproszeni o spotkanie się z tutejszym pastorem w pomieszczeniu jadalnym.
Ojciec Jonathan przywitał ich z szeroko rozłożonymi rękami i krzyżem na szyi. "Będzie zabawnie", pomyślał Nathaniel, rozglądając się po wnętrzu domu.
-Wyczuwam tutaj złą energię...- powiedział szeptem, przymykając oczy, powstrzymując się od śmiechu, jednak mina pastora i reszty obecnych mu w tym nie pomagała. Zack zagryzał dolną wargę, mając nadzieję, że nikt nie zwróci uwagi na jego lekko uniesione kąciki ust i rozbawienie widoczne w oczach.
-Jak to? Każdy zakamarek tego domu został dokładnie skropiony wodą święconą.- zaprotestował mężczyzna.
-Myślę, że w tym przypadku to nie wystarczy. Jest silny.- "będziecie musieli dużo zapłacić".
-Może usiądziemy, powinniście znać szczegóły.- powiedział poważnie Jonathan.
-Tak, jasne.- odezwał się tym razem Zack, ruszając w stronę wskazanej przez gospodarza kanapy.
Rozsiedli się na niej oboje, nie była duża, ale za to naprawdę wygodna.
-Zacznijmy może od pierwszego zdarzenia...- westchnął ciężko pastor. Kiwnęli równo głowami, wchodząc w grane przez siebie role.
Naprzeciw nich, Aiden i syn pastora- William, oparli się o fotel zajmowany przez Jonathana i uważnie im się przyglądali. Nie było to zbyt komfortowe, ale żaden z nich nic nie powiedział. Siedzieli pewnie pod ich czujnym spojrzeniem, nie dając nic po sobie poznać.
-Któregoś dnia na początku marca, zdarzył się pierwszy wypadek... Nikt w nim nie zginął, ponieważ był to tylko wykolejony transport węgla.- zaczął mężczyzna.
-Pamięta pan może, który dokładnie to był dzień?- zapytał Nathaniel.
-Siódmy, może ósmy?- stwierdził pastor.- To ważne?
-Chcemy odkryć powiązania z fazami księżyca i wszystkimi... zjawiskami tego typu...- wyjaśnił szybko szatyn.
-Jestem pewien, że był to siódmy marca.- powiedział William, spoglądając na ojca, jakby szukał potwierdzenia swoich słów.
-Will może mieć rację.- zgodził się po chwili pastor, a na twarzy chłopaka pojawił się nieśmiały uśmiech.
-Nasz obiekt może czerpać siłę z pełni księżyca. Zanotuj, Zack.- powiedział naukowym tonem Nathaniel, szturchając przyjaciela między żebra. Oczy Zachary'ego mówiły:" niby na czym, kurwa?", jednak William od razu przyszedł z pomocą, podając mu kartkę i znajdując w kieszeni długopis.
-Następnym razem nie było już tak kolorowo. Dwa samochody czekały przed przejazdem kolejowym i w chwili, gdy nadjeżdżał pociąg, jeden z nich został w niewyjaśniony sposób zepchany na tory. Kierowca próbował hamować, jednak to nie pomogło. Oboje- on i jego żona zginęli na miejscu.- kiedy skończył, Nathaniela przeszedł nieprzyjemny dreszcz. Wiedział, że to bujdy, a małżeństwo prawdopodobnie chciało popełnić samobójstwo, ale to i tak nie brzmiało przyjemnie.
-Proszę kontynuować...- wymamrotał tylko.
-Ostatnim razem zostały przestawione... Nie mam pojęcia jak to się nazywa... Po prostu pociąg zamiast jechać prosto, tak jak powinien, zjechał na sąsiedni tor i zderzył się z innym...
-Zapewne chodzi o zwrotnicę...- podsunął Zack.
-Tak tak, dokładnie. Zginęło trzynaście osób, pechowa liczba...- westchnął mężczyzna, łapiąc się za głowę.
-Jeszcze te dwie dziewczynki...Ana i Judy... Przechodziły akurat przez torowisko, myślę, że chciały wyjąć naszyjnik, który wpadł jednej z nich miedzy szyny, nie wiadomo jakim cudem obie się zaklinowały. Maszynista próbował zatrzymać maszynę, ale na próżno... Żadna z nich tego nie przeżyła.- dodał William, pod koniec pociągając cicho nosem.
-Zdarzały się też, jeszcze przed marcem, pęknięcia zabezpieczających przejazd rogatek(w: to te żerdzie w biało czerwone paski, downie), zrzucanie znaków, dziwne krzyki...- rzucił blondyn, którego uśmiech pobladł już dawno.
-I wilk.- rzucił cicho William, patrząc ukradkiem na czubek głowy swojego ojca.
-Przestań Will! To tylko kłamstwa tych ateistów, którzy ciągle coś biorą, nie dziwne, że widzą białe wilki!- oburzył się pastor, a William skulił się w sobie, tak, że pomimo swojego wzrostu i umięśnionego ciała, wyglądał jak zbity szczeniak.
-Przepraszam, tato.- powiedział nieśmiało, czerwieniąc się.
-Kiedy moglibyśmy obejrzeć to miejsce?- zapytał Nathaniel.
-Jutro, teraz idźcie spać, na pewno jesteście zmęczeni podróżą, a trochę się zasiedzieliśmy...- odpowiedział Jonathan, wskazując na zegar ścienny. 12:34...
Gdy tylko dotarli z powrotem do pokoju gościnnego, zrzucili szybko ubrania i bez zbędnych rozmów zasnęli.

Rozdział 1

Nathaniel jęknął przeciągle, zwlekając swoje zaspane ciało z łóżka. Ruszył w stronę drzwi- skąd dobiegał hałas, przecierając twarz, próbując się rozbudzić. Dzwonek ponownie rozbrzmiał w jego głowie, wydobywając z szatyna kolejny, niezadowolony dźwięk.
Odblokował zamek i pchnął drewno otwartą dłonią, od razu piorunując niechcianego gościa wzrokiem.
-Polecony do Zachary'ego Martina.
-To ja.- burknął od niechcenia, wyciągając rękę po długopis.- Ktokolwiek jeszcze wysyła listy...- prychnął, podpisując mozolnie w odpowiednim miejscu.
-Jak widać. Inaczej nie miałbym pracy.- stwierdził listonosz inteligentnie i podał śnieżnobiałą kopertę mężczyźnie.  
Nathaniel zabrał papier i zatrzasnął drzwi bez słowa.
-Zack, list do ciebie!- krzyknął najgłośniej jak umiał, kierując się w stronę pokoju ciemnowłosego.
-Zamknij się, jest noc...- warknął Zachary, naciągając poduszkę na głowę, gdy szatyn tylko przekroczył próg.
-No to otworzę sam.- zdecydował Nathaniel, szarpiąc za róg koperty.
-I tak byś to zrobił.
-Racja.- uśmiechnął się, wyjmując starannie zapisaną kartkę.- Swoją drogą, nie mam pojęcia, czemu wszyscy piszą do ciebie, przecież jesteś tylko gościem od zaklęć.- westchnął dramatycznie, zaczynając czytać.
-Co ty pieprzysz?- Zack uniósł głowę, odrzucając poduszkę na bok.
-Mamy zlecenie, Zee, w samym San Antonio.- wyszczerzył się głupio w stronę przyjaciela, podchodząc do jego łóżka.
-Przecież to w USA.- zmarszczył brwi brunet, obserwując jak Nathaniel siada obok jego nóg.
-Z tego co wiem, twój tyłek nie jest przyklejony do tego materaca.- rzucił chłopak, wciskając kartkę przed nos przyjaciela.
-Ale przecież to...
-Za oceanem, tak. Ale nie możesz wiecznie bać się latać.- westchnął, wywracając oczami.
-Przecież nawet lekarz powiedział, że powinienem tego unikać.- przypomniał Zack, podnosząc się do pozycji siedzącej i wyrywając list z dłoni niższego.
-Co on wie.- prychnął szatyn, opadając na białą pościel.
-Zejdź, jesteś brudny.
-Dopiero wstałem z łóżka, geniuszu.
-No właśnie, nawet nie chcę wiedzieć co robiłeś w nocy.- pokręcił głową, czytając zawzięcie.
-Spałem, ty dupku.- zaśmiał się Nath, popychając ramię bruneta.
-Oni naprawdę chcą zapłacić "tyle ile zechcesz, po prostu pozbądź się tych potworów"?- zapytał Zack, gdy skończył lustrować papier wzrokiem.
-Wiesz, może nie chcą zginąć pod kołami pociągu, bo jakieś duchy mszczą się nie wiadomo za co...- wzruszył ramionami szatyn.
-Przecież duchy nie istnieją! Oni naprawdę w to wierzą?- westchnął ciemnowłosy, patrząc na przyjaciela.
-My to wiemy, oni nie. Odwalimy znowu jakąś szopkę, dostaniemy pieniądze i wrócimy do domu.- oznajmił Nathaniel.
-A moglibyśmy przy okazji odwiedzić Los Angeles, jeśli już tam będziemy?- rzucił z nadzieją.
-Jasne.- zaśmiał się szatyn, wgniatając wyższego w materac.